środa, 19 lipca 2017

45. Godny fryzjer = wyedukowany? Jak wygląda praca w salonie od środka?

Często na grupach widzę post dotyczący polecenia godnego fryzjera w danej dziedzinie. Czasem dzieje się tak, że dobrego fryzjera nie ma w mieście, więc udajemy się w drogę do niego - 10, 50, a nawet 100 czy 200 km. Dlaczego tak jest? Czy naprawdę dobrych fryzjerów jest tak mało?


Opowiem wam jak jest, jak to wygląda z MOJEJ perspektywy. Przewinęłam się po kilku szkołach, po kilku salonach, pracowałam z różnymi ludźmi - tak różnymi, że czasem potrafię się uśmiechać przez cały dzień, a przy innej sytuacji mam wręcz ochotę zrezygnować z wykonywania zawodu.


Zacznijmy od prostego pytania - jak wygląda nauka zawodu?
Na początku byłam w technikum. Przez pierwszy rok byłam w ZSZ nr 2 w Białymstoku. Jeśli chodzi o samych nauczycieli - generalnie byli w porządku, kompetentna kadra, którą całkiem dobrze wspominam do tej pory. Nauczyciele bardzo się przykładali do tego, aby wpoić pewne rzeczy, były organizowane wycieczki, szkolenia, kursy, ale to nie było to. Zmieniłam więc technikum, na drugie - na ul. Krakowskiej w Białymstoku. Jednak tam na zajęciach praktycznych poczułam się pozostawiona sama sobie. "Przyszedł pan? Bierz nożyczki i tnij". Pytanie jak, bo nigdy nie trzymałam nożyczek w dłoniach. Noi tu pozostajesz zdana sama na siebie. "Masz nawinąć trwałą." Jak? Bierzesz wałek, nawijasz. Nikt nie powie co jest do dopracowania, na co powinnam zwrócić uwagę, jak to ma wyglądać, co zrobić gdy.. Nie. Jednak najlepiej wspominałam moją nauczycielkę od technik fryzjerskich. Jest to jedna z fryzjerek tych, które mają pasję, zaangażowanie, wiedzę.
Jest to ta nauczycielka, która czytała książki z pasją. Nie maglowała nas tylko i wyłącznie z procesów technologicznych, ale i z podstawowej wiedzy. Tej, którą fryzjerzy powinni mieć. Na temat wpływu witamin na włosy pisałam długie referaty, czy jak dbali o włosy Słowianie. Uwierzcie mi, nie każdy to w szkole ma. Bo ja byłam jedyną osobą, która te referaty pisała. Z niektórymi nauczycielami na pewne tematy potrafiłam się sprzeczać, z powodu ICH niewiedzy. Jednak z tą kobietą rozumiałam się bez słów. Podziwiałam ją, a ona pchnęła mnie do przodu. I za to jej dziękuję :)

Bardzo wcześnie jednak podjęłam radykalną zmianę. Przeprowadziłam się na drugi koniec Polski. W związku z tym, musiałam zmienić szkołę. Aby jak najszybciej móc zarabiać, musiałam przenieść się z technikum do zawodówki.  W tej szkole było inaczej. Przez miesiąc, 3 razy w ciągu całego okresu nauki należy przejść kurs obejmujący przedmioty zawodowe. 3 stopnie, każdy trwa miesiąc. I tu jest prawdziwa gratka. Jest kilka różnych przedmiotów, bardzo dużo wiedzy - nie tylko tej zapisanej, ale trzeba i słuchać.

Skoro jest kształcenie, to skąd bierze się niewiedza fryzjerów?
Już tłumaczę - BO UCZNIOWIE PRZESYPIAJĄ. Olewają zajęcia teoretyczne. Na takim jednym kursie jest 40-45 osób, z czego większość nie wie nic. Bo "nie chce im się pisać", bo "wolą pogadać z innymi", "bo po co im to". Źródeł na dzień dzisiejszy jest naprawdę wiele, wystarczy poświęcić trochę czasu aby czegokolwiek się dowiedzieć. Ale jeśli komuś się nie chce - to się nie dowie.

Pracując w salonie tej teorii jest niewiele, bądź wcale. Dlaczego? Bo tu się kładzie nacisk na to, aby zrobić coś z efektem, wiedza jest "nie potrzebna". Trafiłam do salonu, gdzie wyuczono mnie wszystkiego, abym mogła pracować. A praca w tym zawodzie wygląda AUTOMATYCZNIE. Wszystkie ruchy muszą być wyćwiczone jak w zegarku, to praca również i na czas. Wszystko musi być wyuczone tak, aby można to było zrobić z zamkniętymi oczami, nie ma czasu na pytania, potyczki, niedociągnięcia czy spokojną pracę. Wszystkie ruchy muszą być szybko.
Masz wiedzieć jak masz nawinąć wałki na trwałą, to co się dzieje we włosie jest mniej ważne. Masz umyć włosy w 3-5 minut, to jakim szamponem, jaką odżywkę nałożysz jest mniej ważne, już nie wspominając o składzie.
Żadna z moich szefowych (byłych jak i teraźniejszych) nie zna się na składzie. Żadna z fryzjerek, które znam - a ze szkoleń, szkół i po prostu z otoczenia znam ich sporo - NIE ZNA się na składach. Mało która wie co tak naprawdę nawilża włos (często słyszę od koleżanek z fachu, że olej nawilża ;) ), nie są w stanie polecić więc produktów. Więc jeśli wypadają wam włosy, przetłuszczają się, macie łupież, czy cokolwiek - nie polecam pytać fryzjerów o te tematy.  Jest mi to naprawdę przykro mówić, ale czasem słyszę takie głupoty że aż przykro słuchać. Kiedyś pracownica robiła "pielęgnację keratynową" (coś w stylu keratynowego prostowania- mycie szamponem meega ultra-rypaczem bo włosy aż piszczały po 1 przemyciu, potem nakładanie "odżywki" na włosy, po 20 minutach płukanie, suszenie i prostowanie włosów, na koniec serum silikonowe dla podtrzymania efektu). Pielęgnację keratynową - z tym że bez keratyny w składzie. Bardziej bym nazwała to pielęgnacją silikonową. Szefowa oczywiście nieświadoma.

Czy zdajecie sobie sprawę, jak bardzo czasem jesteście oszukiwani?
 Kiedyś moja szefowa robiła ombre, aby włosy jej nie przeszkadzały, stwierdziła, że na część położy odżywkę na folię aby było jej wygodniej. Kiedy zapytałam dlaczego tak, a nie inaczej, odpowiedziała mi, że jest jest w ten sposób wygodniej, a przy okazji włos się odżywi. Głośno odpowiedziałam "przecież łuska jest nieotwarta, a w ciągu godziny robienia ombre i 40 minut czekania włos się rozmiękczy od tej odżywki" - usłyszałam, że podważam jej kompetencje i klient nie musi wiedzieć, co jest robione. Gdy pracowałam w innym salonie, robiąc porządki na półkach z farbami, zauważyłam że część NIE MA PUDEŁEK, część farb jest po terminie. Kilka firm farb, kilka firm rozjaśniaczy (również po terminie był co najmniej 1), oksydanty również były różnych firm. To nie miało prawa bytu. Dezynfekcja od święta, postawiona ewentualnie "na pokaz przed sanepidem".
Nauczona ze szkoły, że tak nie ma prawa być, zwolniłam się. Miałam dość.

Trafiłam do lepszego miejsca, gdzie mnie pilnowali, abym manualnie była w jak najlepszej kondycji. Tłumaczono mi rzeczy techniczne, to jak coś zrobić. Jaki oksydant dodać, jakie proporcje farb, jak pracować z wagą, co dopracować z mojej technice strzyżenia i multum innych rzeczy. Wysyłano mnie na szkolenia, abym miała jak najświeższe informacje. Ale ja nie lubię niewiedzy. Tłumaczyłam innym jak będzie działał dany składnik szamponu, odżywki, ampułki- ale fryzjer nie lubi słuchać. Ma własne racje, albo nie chce wiedzieć.

Kiedy kładłam farbę klientce, rozmowa się rozwinęła, z jej strony padło pytanie, czy słyszałam o olejowaniu. Odpowiedziałam z radością, że tak, bardzo mnie ucieszyło, że w końcu ktoś coś wie na ten temat. Co usłyszałam dalej? "I po co tak sobie utrudniać? Bez sensu" - Szkoda że do niektórych nie da się dotrzeć. Wszelkie argumenty równają się z ziemią.
Pomimo to nie poddaję się. Ostatnio udało mi się przekonać jedną panią do hennowania włosów! Bardzo się cieszyła, wypytywała, starałam się udzielić wszelkich odpowiedzi. I wróciła z jeszcze większą porcją pytań! Tacy ludzie cieszą :)

Nie mniej jednak szefostwo ani pracownicy nie tolerują "moich metod" doradzania klientom. Bo wolę wypytać, zbadać dogłębnie problem i coś doradzić i wytłumaczyć, niż dla wszystkich klientów na wypadanie polecać Loxon na receptę, a na zniszczone, spalone włosy rozjaśniaczem ultra cudowną maskę uzdrawiającą czy wyżej wspomnianą "pielęgnację keratynową" i prostownicę. Nie. Po prostu nie. Jeśli nie wiesz, nie masz zielonego pojęcia, o czym mówisz - nie mów. Włosy to moja pasja, uwielbiam to robić, jednak tak nie da się pracować. Doradzam z przyjemnością również i wam, nie przestanę tego robić. Ale za 2 miesiące kończy mi się umowa, odchodzę z tego salonu i nie wiem czy nadal będę wykonywać ten zawód. Czas pokaże.
Dziękuję jeśli dotarliście do końca :)

EDIT:
Chciałabym dodać coś jeszcze.... Jeśli wasz fryzjer mówi/pisze/publikuje coś takiego, uciekajcie. Nawet nie odniosę się do tych słów...


poniedziałek, 17 lipca 2017

44. Okiem fryzjera: Kobieto- zrób test!

Na grupie Włosing oraz Henna na włosy, miksologia aż zagrzmiało na temat testu alergicznego na farby u fryzjera. Powiedzmy sobie szczerze - ile z was dokonało takiego testu w domu, czy u fryzjera? Odpowiedź jest porażająca - kilka! Na grupie została przeprowadzona ankieta przez Justynę z bloga Henna miksologia. jednak wasze komentarze są zdumiewające. Poruszmy temat testu alergicznego!


Czy wiecie jaki może być rezultat gdy nie wiecie czy jesteście uczulone?
Czy jesteście świadome zagrożenia?
Czy wiesz jak objawia się alergia na składniki farb?
Czy kiedykolwiek wykonałaś test na alergię?
Czy wiesz, że gdy pierwszy raz przychodzisz na koloryzację w salonie, musisz przejść taki test?
- Odpowiedź najczęściej na te pytania brzmi "nie." Niektóre z was nie wiedzą nic o takim teście! Już wyjaśniam jak to ma wyglądać.

Gdy przychodzimy do fryzjera umówić się na koloryzację, fryzjer powinien za uchem, czy na karku zrobić małą plamkę farbą na skórze. Czekamy 48 godzin - jeśli nie ma przeciwwskazań, można zrobić koloryzację. Jeśli wystąpiła reakcja alergiczna, nie zaleca się koloryzacji. Dlaczego? Bo może zaszkodzić naszym włosom i skórze głowy. Fryzjerzy oraz same marki przekonują, że farby nie zawierają szkodliwych składników, więc są super bezpieczne. Jednak żyjemy w takich czasach, gdzie wszystko może uczulić, więc bądźmy ostrożni - taki test może uratować Ci skórę!

Jakie są objawy uczulenia?
-pieczenie, swędzenie, obrzęk, rany, podrażnienie skóry głowy, które może się rozwijać. Uczucie duszności, zawroty głowy. Objawy mogą być dużo gorsze jeśli nie zareagujemy w porę. Zdarzają się wypadki, które kończą się hospitalizacją.

Często jest to wina fryzjera. Na szkoleniach z koloryzacji każdy fryzjer na samym początku szkolenia jest informowany, że powinien nowym klientom zrobić test alergiczny, na każdej farbie jest informacja o tym teście, czy też na samym początku nauki w szkołach fryzjerskich. Niestety fryzjerzy takich testów nie robią, bo "szkoda tracić czasu". Jednak gdy przychodzimy osobiście, a wizyta jest za kilka dni, należy taką próbę uczuleniową przeprowadzić.
Najczęściej jednak zostaje przeprowadzona diagnoza skóry głowy. Czasami to nie wystarczy, chociaż też fryzjer powinien obejrzeć czy nie ma innych przeciwwskazań.

A co jeśli klient odmawia?
-Wtedy cała odpowiedzialność spada na klienta. Jeśli nie zgadza się na próbę uczuleniową należy spisać to na papierze, że wszelkie skutki są na odpowiedzialność klienta i nie będzie się domagał odszkodowania.

A co wtedy, gdy próba uczuleniowa była, nic się nie stało a gdy byłam na koloryzacji, to uczulenie wystąpiło?
-Czasem dzieje się tak, że to coś z farbami jest nie tak. Na każdej tubce jest numer LOT, jeśli coś jest nie tak, fryzjer musi zadzwonić do danego przedstawiciela hurtowni/marki, podać numer LOT, farby zostają przebadane i czasem wycofywane z rynku.
 
Co zrobić, gdy koloryzacja została przeprowadzona bez testu i wystąpiła reakcja alergiczna?
-Jeśli stała nam się krzywda, można zgłosić to do Rzecznika Praw Konsumenta i walczyć o odszkodowanie. Pamiętajmy, aby na dowód wziąć paragon!

Jednak trzeba coś z tym zrobić. Wiele osób trwa w niewiedzy.

Nie rób sobie krzywdy! Będąc u fryzjera, zapytaj, czy wykonują test na reakcję alergiczną. Wiele osób nie ma świadomości, że test musi zostać wykonany. Pomóż nam uświadomić więcej osób! Napisz o tym, lub informacje przekaż dalej!

sobota, 24 czerwca 2017

43. Domowy, skuteczny sposób na łupież :)

Dosyć często słyszę pytania odnośnie łupieżu - to nie pomaga, tamto też nie, lekarze zawiedli. Szczerze wam powiem, że nigdy nie miałam tego problemu - chyba że bardzo, bardzo delikatny, czego łupieżem w sumie bym nie nazwała. Natomiast znam osobę, u której łupieżu zniszczyć się nie dało. Nie byłabym sobą, gdybym nie spróbowała czegoś z tym zrobić. Opiszę teraz kilka czynników, które mogą mieć na to wpływ :)

1. Szampon. 
Albo niekoniecznie dobrze dobrany - coś w składzie nieodpowiada dla skóry głowy, lub częstsza przyczyna - częste zmiany szamponu. Czasem skóra głowy źle reaguje na to, gdy co tydzień zmieniamy szampon. Skóra głowy czasem przyzwyczaja się do jednego (np. bardzo popularny H&S od którego później ciężko uciec) i na zmianę reaguje właśnie łupieżem.

2. Choroby skórne.
Zaniedbanie higieny to częsta przyczyna, przetrzymywanie skóry głowy nawet do 5-7 dni jest niezbyt dobrym pomysłem. Często spotykam się z postawą "aby jak najrzadziej myć włosy bo to niszczy", co skutkuje właśnie łupieżem. BZDURA! Najlepiej myć wtedy, gdy jest taka potrzeba - nie przetrzymujmy na siłę. Jednak według mnie jest dobrze myć co 2-3 dni. Takie przetrzymywanie kończy się różnymi chorobami skóry głowy, noi wtedy pozostaje tylko nam dobry dermatolog.

3. Nieodpowiednia wcierka.
Bywają i takie, które wywołują łupież. Nie u każdego, a u niektórych. Zmiana wcierki lub zaprzestanie na jakiś czas powinno pomóc.

4. Zbyt słabo spłukany szampon.
To jest bardzo ciekawe! Niejednokrotnie to jest problemem. Myjemy włosy, spłukujemy bardzo krótko, a produkt zostaje częściowo na skórze głowy. Podrapiemy się po głowie, a tu śnieg. I nie wiadomo skąd. Spłukujmy dokładniej!

Czynników jest o wiele więcej, opisałam krótko te najczęstsze. Sprawdziłam pewną możliwość na osobie, która bardzo długo boryka się z tym problemem. Przepis jest bardzo prosty oraz szybki :)

Potrzebne nam będzie:
-przegotowana, letnia woda
-ocet jabłkowy
-wacik
-pojemniczek

Przegotowaną wodę (np 100 ml) wlewamy do pojemniczka. Dobrze by było, aby była letnia. Dolewamy 25 ml octu jabłkowego, mieszamy i gotowe :) Nasączamy wacik i metodą przedziałkową przecieramy delikatnie skórę głowy. Proporcja to 4:1 (4 części wody na 1 część octu). Na początek można spróbować 4:1, jeśli będzie w porządku, zostawiamy. Ja miałam do czynienia z bardzo trudnym przypadkiem, o bardzo topornej skórze głowy, dlatego zastosowałam proporcję 2:1.
 Myślę, że raz w tygodniu lub gdy łupież powróci będzie optymalną dawką. Jeśli łupież ustąpi - odstawić. :)
Aktualnie ta metoda dobrze się sprawdziła na kilku osobach, na ten moment łupież mają z głowy (dosłownie) :D
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Jeśli chcecie się podzielić efektami Akcji Wcierania, zapraszam do podsyłania zdjęć lub opisu efektów na maila --> asgaarddottir11@gmail.com :)

czwartek, 22 czerwca 2017

42. Czerwcowe nowości | Przeproteinowanie

Cześć!
Znów była długa przerwa, ale już nadrabiam! Bardzo się cieszę że akcja tak bardzo wam się podoba. Jeśli chcecie, zapraszam do wysyłania waszych efektów przed i po na mojego maila, lub linków do wpisu: asgaarddottir11@gmail.com , z przyjemnością umieszczę wasze efekty na blogu :)

Będąc na wyjeździe w Białymstoku,  spotkałam się z Hair venture. Na wyjazd zabrałam za dużo kosmetyków do twarzy oraz włosów (co nie było za dobrym pomysłem ;) ). Obowiązkowo: odlewkę szamponu Barwa pokrzywowa, glicerynę, odżywkę Petal Fresh, maskę Schfarzkopf esccence ultime złota, olej kokosowy oraz tonik różany evree jako podkład pod olej oraz obowiązkowo wcierkę Herba Vita.
Obowiązkowo był oczywiście włosing! Oliwa z oliwek oraz maseczka drożdżowa DIY na skalp. Oczywiście kiedy potrzebuję wyjść - musiało coś pójść nie tak i... nie mogłam domyć oleju ;) Koniec końców, skończyło się to potwornym przeproteinowaniem i przeemolientowaniem - podwójna tragedia. Włosy wyratowałam Ziają intima z szałwią lekarską oraz Kallosem Arganowym.

Na wyjazdach nie obejdzie się oczywiście bez odwiedzenia sklepów. Jestem zadowolona z kilku moich łupów, kolekcje znów się powiększają - na szczęście tylko w tych grupach, gdzie czegoś brakuje ;) 

Łupy nie tylko włosowe, ale też twarzowe (i stopowe ;) ). Humavit zacznę łykać od nowego miesiąca, do emulgowania oleju oczywiście kolejny Kallos. Jeśli chodzi o szampony - będę wykańczać resztki, które mi zostały. Biowaxa na tą chwilę odkładam na półkę.

A teraz coś dla czerwonowłosych: opowiem wam o KroMask!
Moim problemem jest to, że muszę rozjaśniać włosy, aby mi wyszła jakakolwiek czerwień. Po jakimś czasie, czerwień wypłukuje mi się do rudego, co nie zawsze mi pasuje, a odświeżać kolor co kilka tygodni średnio ma sens. W prezencie na urodziny (które miałam w grudniu a prezent dopiero odebrałam ;) ) od Pauliny dostałam KroMask - maskę koloryzującą. W salonie posiadamy takową, jednak w kolorze rudym. Napiszę dla niej oddzielny post, ale po krótce napiszę, że ratuje mnie z opresji, gdzie muszę wyglądać, a kolor jest nie zrobiony. Jest szybką alternatywą dla farby, daje piękny kolor, ale zobaczymy za parę tygodni, gdy ją konkretnie przetestuję z każdej strony. :)

To wszystko na dziś :)
Specjalne podziękowania dla Pauliny za mile spędzony wspólnie czas <3 

piątek, 9 czerwca 2017

41. Pierwsza akcja!

Witajcie!
Dziś mam dla was coś nowego. Postanowiłam zrobić swoją pierwszą akcję, aby się zmotywować do działania i nie zapomnieć przez zbliżające się wakacje o włosach! Cóż, może i nie o włosach - bo latem bardzo dbamy o to aby je zabezpieczyć przed czynnikami zewnętrznymi, ale często zapominamy o skalpie.
Przypomnij sobie swój cel - dłuższe włosy, gęstsze, zdrowy skalp, ograniczenie wypadania, cokolwiek! Moim celem jest do końca roku zapuścić 60 cm włosów. Aktualnie mam 55 - niby realne, ale będę musiała je skrócić o conajmniej 2-3 cm w tym roku. W dodatku z moimi leniwymi włosami, które nie chcą rosnąć bez przyspieszaczy, to cięższe zadanie. Przez miesiąc urosły mi tylko 0,5 cm, więc czas się wziąć za systematyczność :)

Zasady są proste. Wybieramy wcierkę, którą będziemy stosować codziennie przez 30 dni - raz lub dwa razy dziennie. Przed i po akcji należy zmierzyć długość włosów lub zrobić zdjęcie. Dlaczego tak często? Najbardziej włosy rosły mi gdy stosowałam Kaminomoto. Kaminomoto wcierałam 2 razy dziennie, co skutkowało podcinaniem grzywki 1-2 razy w tygodniu. Spróbuję zrobić to jeszcze raz aby zobaczyć efekty przy innej wcierce. Termin kiedy zaczniecie, to już wasza sprawa - aby było równe 30 dni!
Oprócz wcierek będę regularnie robić peeling skóry głowy. Jak wcierać, to wcierać ;) (1x w tygodniu)
Jeśli coś stosujesz już w tym momencie, nie musisz tego przerywać. Możesz stosować obie wcierki.

Ja wybrałam wcierkę Herba Vita z acerolą i biotyną (dostępna w napieknewlosy.pl ) , będę wcierać 1-2 x dziennie w miarę możliwości. Ustawiłam sobie powiadomienie na telefon rano i wieczorem, teraz pozostaje tylko działać! Aktualna długość - 55 cm. Liczę na 56-57 cm, zobaczymy co z tego wyniknie :)

środa, 7 czerwca 2017

40. Tipy: Jak wykorzystać puste opakowania po kosmetykach?



Cześć!
Od pewnego czasu rzadziej piszę – a to podróże, a to więcej pracy, więcej nauki i tak w nieskończoność. Wróciłam do domu, zrobiłam porządek na półkach z kosmetykami i… no właśnie. Znalazłam coś, co może dla was się przydać i tym o to chcę się z wami podzielić.
Czasem, gdy robi się harmider na półkach z produktami, chcemy je ułożyć, znajdujemy różne rzeczy. Często też są to puste opakowania. Zwykle ich nie wyrzucam, a odkładam do pudełka, bo najczęściej się przydają do innych rzeczy - mam taką naturę chomika :)  Dziś podam wam parę tipów, jak wykorzystać puste opakowania po produktach!



1.       Duże opakowania po maskach.
Jak wykorzystać opakowania po Kallosach lub innych litrowych maskach? Wbrew pozorom, bardzo się przydają.  Ja używam ich do przechowywania pędzli do makijażu, osobne mam też na szczotki do włosów! Ostatnio użyłam innego opakowania Kallosa do rozrobienia henny – sprawdził się świetnie.:)

2.       Małe opakowania po maskach
Pudełeczka po małych maskach czy odżywkach używam do po prostu przechowywania innych pierdoletów, takich jak np. biżuteria. Inne służą mi do przechowywania wsuwek czy gumek – dzięki temu ich nie gubię. :) Lubię też je wykorzystywać do przechowywania ziół. Bardzo nie lubię mieć porozrzucanych torebeczek po domu, z których bardzo łatwo się wysypują, wietrzeją. Wtedy wrzucam zioła (wraz z torebeczką) do opakowania, podpisuję i układam w danym miejscu.

3.       Małe opakowania po płynach, próbkach szamponów, itp.
Takie opakowania lubię najbardziej! Sprawdzają się w podróży. Przelewam do danego opakowania tyle szamponu, ile potrzebuję, czy też odżywki czy oleju. Fajne są również do wymiany. Jeśli chcemy wręczyć innej włosomaniaczce próbkę oleju, maski czy szamponu do testów, przelewamy i gotowe. 

4.       Opakowania z pompką, atomizerem, dozownikiem, pipetką, „dziurką”.
Wystarczy, że produkt wyślizgnie się z dłoni, wyląduje na podłodze i pompka już jest zepsuta. W tej sytuacji przelewamy produkt do innego i problem z głowy. Inną metodą będzie np. stworzenie mgiełki DIY. Takie opakowanie wtedy jest dla nas ratunkiem. Jeśli natomiast opakowanie wcierki nas wkurza, jest nieporęczne, wystarczy przelać do tego, które jest wygodniejsze.  Opakowanie z atomizerem przyda się też do zwilżania twarzy przy glinkach, czy też Opakowania z pompką są genialne przy olejach! :) O wiele lepiej jest nacisnąć pompkę niż wylewać na dłoń (i przy okazji przelać) i nałożyć za dużo oleju na włosy. Ostatnio wykańczam serum z Ava, posiada ono pipetkę. Taka pipetka będzie bardzo pomocna przy serach do włosów – o wiele łatwiej będzie wydzielić ilość jednej kropli. Jest też druga opcja przy serach do włosów. Mianowicie w buteleczkach po olejkach eterycznych jest charakterystyczny „dzióbek”, „dziurka”. Również może być bardzo pomocne przy wydzielaniu jednej kropli. 

5.       Opakowania po soli do kąpieli.
Dla mnie najlepsza opcja do rozcieńczania szamponu.  Duże, szybko się napełniają, poręczne, nic się nie wylewa bardziej niż powinno.

6.       Małe słoiczki, opakowania z nakrętką.
      Również bardzo są przydatne. Często służą do brania próbek kosmetyków w sklepach, od koleżanek, czy też do przechowywania takich bardzo drobiazgowych rzeczy (dla osób, które robią paznokcie bardzo będą pomocne). Wyratowały mnie też z sytuacji, gdy robiłam swój własny balsam do ust DIY. Są do tego stworzone. 

7.       Opakowania po podkładach w kremie.
Kiedyś kupiłam podkład w kremie z Ingrid. Był to fatalny pomysł ale… gdy się wykończył, dokleiłam do niego sitko, wsypałam skrobię i oto mam opakowanie na suchy szampon DIY! O wiele łatwiej się go aplikuje w tej wersji. Inną metodą na wykorzystanie słoiczków po podkładach jest zrobienie z niego…świecznika! U mnie się sprawdza. 

8.       Szklane opakowania
Te zachowuję najczęściej. W szklanych jest najlepiej przechowywać wcierki domowej roboty, czy maceraty.

 Taka moja natura - nic się nie zmarnuje. Jak wam się podoba? Wykorzystujecie opakowania?

niedziela, 28 maja 2017

39. Aktualizacja | Pierwsze wrażenia po hennie

Spokojnie, nie przestaję pisać :)
Miałam długą przerwę od pisania przez przeprowadzkę i chwilowy brak internetu. Na szczęście już po całym zamieszaniu, czas zdać sprawozdanie co się działo przez ponad miesiąc czasu! :)

Jeśli chodzi o akcję z anwen, to szło mi na początku całkiem dobrze! Byłam we wszystkim systematyczna aż do momentu przenoszenia rzeczy ;) Po tym moja systematyczność legła w gruzach. Postanowiłam to powtórzyć i wznawiam swoje działania.
Na początku maja również podcięłam końce o 2-3 cm.
Aktualnie ich długość to 54,5 cm - pomimo ścięcia są nadal dłuższe niż były, więc musiały sporo urosnąć.
Postanowiłam również przerzucić się na "lżejszą" pielęgnację. Zauważyłam, że rezygnacja z SLS, farb i innych ciężkich rzeczy służy moim włosom. Więc co to oznacza? Oznacza to, że będę myć włosy lekkimi szamponami, maski i odżywki będą najczęściej bezsilikonowe, silikony postaram się kłaść jak najrzadziej, rezygnuję również z farb, raz na jakiś czas zrobię tylko i wyłącznie odrost.
Więc co zamierzam? Przerzuciłam się na hennę :)
Pierwsze hennowanie jest już za mną. A oto i efekty :)



Mój kolor sprał się do rudo-blondu, zapuściłam również ładny odrost. Najgorzej się czuję właśnie w tym spranym kolorze, postanowiłam więc poeksperymentować. Dzięki grupie Henna na włosy, Miksologia znalazłam informacje o najbardziej czerwonych hennach i w jaki sposób powinnam to zrobić. Kupiłam więc 200g Banjaras i Mumtaz od jednego sprzedawcy, zaopatrzyłam się o wodę destylowaną, sok z jabłek i zabrałam się do roboty. Na początek stworzyłam kilka różnych próbek i miksów aby wiedzieć jak dana henna barwi. Zrobiłam test na wacikach, popatrzyłam na zdjęcia jak dane henny wychodzą. Najbardziej przemówiła do mnie Banjaras.
Na moje włosy poszło 120 g Banjaras i pół szklanki soku jabłkowego. Zalałam ciepłą wodą i wymieszałam do konsystencji pasty. Henna została przygotowana w plastikowym pojemniku po litrowym Kallosie (kolejny tip na te wielkie pudełka, więcej podam w następnym poście ;) ) i odstawiona na 4 godziny do kąpieli wodnej aby nie za bardzo traciła swojego ciepełka. Po 4 godzinach umyłam włosy miksem szamponów z SLS aby oczyścić dokładnie włosy z filmformerów - były już kilkudniowe, więc musiałam zapewnić im solidne oczyszczanie. Nałożyłam pasmo po paśmie hennę na całe włosy, zajęło mi to około 15 minut.
Zwykle henna wychodzi innym za rzadka - byłam na to na tyle wyczulona, że zrobiłam zbyt gęstą. Po tych 4 godzinach henna sama w sobie również zgęstniała (rada na przyszłość? Nie bać się wody :) ) Zebrałam włosy na czubku głowy, owinęłam folią, nałożyłam czapkę i położyłam się spać.
Po 10 godzinach zmyłam hennę, nałożyłam glutek lniany i owinęłam na 15 minut folią.  Następnie spłukałam siemię, i podsuszyłam lekko włosy.



Moje przemyślenia...
Na początku byłam bardzo zadowolona z tego, jak bardzo się błyszczą! Z drugiej strony bardzo bałam się przesuszu po tym i miałam rację. Moje włosy są bardzo sztywne z natury, henna sama z siebie dodała im jeszcze sztywności. Nie jestem przyzwyczajona do tego suszu, nie mogę się doczekać pierwszego mycia ;) Na kolejny raz dodam odżywki lub czegoś mocno nawilżającego do henny lub po hennie.
Kolejną rzeczą jest światło. Na słońcu kolor jet inny, w cieniu inny, na światło pokojowe inny. Zostałam kameleonem :)
Istotną rzeczą jest chelatowanie. Niestety mi się to nie udało - brak odpowiedniego szamponu i octu jabłkowego. Na kolejne hennowanie zadbam, aby ten punkt został zrealizowany.
Ostatecznie jestem ogromnie zadowolona z henny Banjaras, widocznie nie taki straszny diabeł jak go malują :) Nie mogę się doczekać kolejnego razu.
Specjalne podziękowania należą się Martynie z grupy za pomoc i porady oraz inspirację! :)