sobota, 12 sierpnia 2017

48. Recenzje: Herba Vita | Podsumowanie akcji wcierania

Hej!
Po powrocie z Warszawy przypomniałam sobie, że nie zrobiłam podsumowania akcji wcierania. Chciałam zrobić zdjęcia odrostu po, ale niestety zapomniałam i jestem już dawno po koloryzacji. :(
Zrobie jednak podsumowanie póki pamietam ;)

A więc zasady akcji wcierania opisałam tutaj --> Klik
Moje włosy są często oporne i gdy im się nie chce, po prostu stają w miejscu i nie rosną. Najfajniejszym przyspieszaczem była wcierka Kaminomoto oraz olej sesa. Po nich miałam pewniak, że urosną 1,5-2 cm. Postanowiłam jednak przetestować coś innego niż Kaminomoto - bo jednak ta wcierka jest troszkę droga i zobaczyć efekty. Akurat pod ręką była lekko napoczęta Herba Vita z acerolą. Starałam się wcierać ją codziennie raz, a co drugi dzień dwa razy dziennie - rano i wieczorem. Po 14 dniu jednak moja motywacja oraz chęć trochę osłabły, kilka razy zapomniałam wetrzeć, jednak i tak nie za często jak na moje zapominalstwo :) Jeśli chodzi o peeling, zrobiłam go 3 razy przez całą akcję i stosowałam trochę cześciej mocniejsze szampony.
Akcję wcierania przedłużyłam o 4 dni (bo tyle razy zapomniałam wetrzeć) czyli do 15 lipca. Od tamtej pory aż do aktualizacji nic nie wcierałam. Efekty są w poście o aktualizacji, ale tego jest znacznie więcej!
Baby hair się pojawiły, nie busz, ale są! Najwięcej na linii zakol. Dzięki tej wcierce nie musiałam myć włosów aż tak często - przedłużenie świeżości zawdzięczam Herba Vicie. Po szamponie Petal Fresh do koloru odnoszę wrażenie że na drugi dzień wyglądają nieświeżo. Dopóki wcierałam nie było to aż tak widoczne. Startowałam z długością 55 cm. Aktualnie jest to 58cm, jednak myślę, że urosło ok 2,5 cm. Odejmuję dlatego że odczekałam trochę z tym postem i trochę czasu minęło. Włosy mierzę zawsze miarką krawiecką, zawsze z tego samego punktu do najdłuższych końcówek. Akcję uważam za mega udaną! Myślę nad kolejną akcją, może na trochę innych zasadach. Piszcie, co by was interesowało, lub z czym macie problem :)

Zgłosiła się do mnie Berenike, która wzięła udział w mojej akcji. Przysłała mi swoją opinię.
Berenike wcierała Saponics zazwyczaj 2x dziennie. Bez przyspieszaczy porostu, uzyskuje około 1 cm. Po akcji uzyskała podobny przyrost - od 1 do 1,5 cm. Ale... u Bereniki pojawiły się liczne bejbiki :) Sprawdza przyrost za pomocą miarki krawieckiej oraz baby hair. Co osoba to inny efekt :)

Jeśli chodzi o Herba Vitę z acerolą i biotyną, możecie ją kupić tutaj za 14,50 zł za 125 ml.
Skład: Aqua, Alcohol, Propylene Glycol, Glycerin, Isopropyl Alcohol, Malpighia Glabra Fruit Extract, Biotin, Benzyl Alcohol, Rosmarinus Officinalis Leaf Extract, Mentha Piperita Leaf Extract, Arginine, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Dehydroacetic Acid.
Nie jest jakaś skomplikowana - skład przetłumaczony na stronie. Buteleczka jest mega poręczna, bardzo wygodna, łatwo zaaplikować wcierkę na skalp. Jest bardzo wydajna - nadal mam jej całkiem sporo! Cena również jest atrakcyjna. Miałam na testach również jej siostrę - Herba Vitę z arniką i łopanem - po niej nie zauważyłam tylu efektów, co po cytrynowej wersji. Najnowszych dwóch nie testowałam, jednak ja jestem tak zachwycona cytrynową, że nie wiem czy chcę inną wcierkę :)
Uważam, że podjęłam świetną decyzję wybierając właśnie ten produkt na akcję wcierania. Jest w niej całkiem sporo alkoholu, więc osoby z uszkodzoną, wrażliwą skórą głowy - nie sięgałabym, dlatego że jest całkiem mocna - mogłaby podrażnić.

Podsumowując, jestem ogromnie zadowolona z akcji, zarówno jak i z wcierki :) Szykuję dla was powoli niespodziankę, bądźcie cierpliwi! :)
Czy jesteście zainteresowani akcjami? Jak u was przebiegła akcja wcierania? Piszcie! :)

środa, 9 sierpnia 2017

47. Moja Włosowa Historia!

Hej!
Po długim czasie namysłu, postanowiłam opisać MWH. Niestety będzie trochę uboga w zdjęcia, ponieważ wyprowadzając się z mojego rodzinnego Podlasia na Łódzkie, zostawiłam album ze zdjęciami, a zdjęcia na laptopie już dawno mi przepadły, udało mi się odzyskać tylko kilka. 

Z opowiadań członków rodziny wiem, że urodziłam się baardzo "owłosiona" :) Miałam dużo małych czarnych włosków na głowie. Na początku to były...loczki! Małe, czarne spiralki. Gdy pojawiło się ich znacznie więcej, tata zaprowadził mnie do fryzjerki (której nienawidzę do tej pory, a zawsze prowadzał mnie do jednej) i jako dziecko, zostałam ogolona na łyso :)
(Tu miałam 3 lata)
Włosy sobie odrastały spokojnie, ale za to bardzo grube i mocne jak na dziecko- odziedziczyłam włosy po tacie! Ciemne, grube i sztywne. Z czasem gdy dorastałam, a włosy stawały się dłuższe, był problem- z myciem i czesaniem. Po myciu czesał mi włosy tata, bo gdy mama wzięła szczotkę lub grzebień do ręki, krzyczałam i uciekałam. Tata był nieco delikatniejszy, ale i tak niechętnie dawałam swoje włosy komukolwiek. Moje włosy nie miały tendencji do plątania- TO BYŁ JEDEN WIELKI KOŁTUN. Mycie szamponem bez odżywki daje właśnie taki oto efekt, ale co mężczyzna mógł wiedzieć o pielęgnacji damskich, dziecięcych włosów?
(Tu miałam 7 lat)



Pamiętam, jak moja babcia wysyłała odżywki w sprayu bez spłukiwania dla dzieci ze Stanów - po tych odżywkach dawało radę ale -jak włosy trochę bardziej przeschną. Postanowiłam trochę pogrzebać i znalazłam jak wygląda:

Może i jest dostępna w Polsce, nie wiem, nigdy nie widziałam, a ja jej używałam jakieś około 12 lat temu :) Do dziś pamiętam jej zapach :)
Mama od dziecka lubiła mi robić prostą grzywkę. I tak też ją od dziecka miałam. Zawsze byłam ścięta na tzw: kleopatrę :) Czyli równa grzywka i włosy do ramion. Grzywkę podcinała mi mama, czasem tata lub często fryzjerka- niestety, zwykle do połowy czoła, aby "nie chodzić za często", a gdy włosy były w okolicach połowy pleców - sru do fryzjera znów na kleopatrę! :(
Pani Joanna K., która ma swój zakład w Białymstoku do dziś, do tej pory nie umie ścinać. Grzywkę zawsze musiała mi zrobić krzywo, z zębem, a włosy ścinała na długość do połowy szyi. Tak było cały czas. Moja siostra, zresztą miała to samo (w wieku dziecięcym byłyśmy jak dwie krople wody, z tą różnicą, że ona jest o 7 lat starsza :) ). Jedynie na komunię udało się uratować moje włosy przed ścięciem. Po komunii- znów miałam obcięte. Ostatni raz zostałam ścięta na kleopatrę w 5 klasie. Byłam tak zrażona do tej fryzury, fryzjerki i nożyczek, że już się nie dałam zaciągnąć. W końcu już umiałam odpowiadać "nie" i miałam trochę więcej do powiedzenia, po za tym każda dziewczynka w klasie miała długie włosy, były śliczne a ja im mogłam jedynie pozazdrościć. Zwłaszcza jednej- która zawsze miała włosy za pupę.
Postanowiłam coś zmienić- zaczęłam zapuszczać grzywkę na bok. Po części, to była moja najgorsza decyzja- wyglądałam strasznie. Lecz gdyby nie to, nie zmieniłabym nic i nie doszłabym do pewnych rzeczy.
Pewnego dnia, dziewczynka z mojej klasy przyszła w krótkich włosach. Były bardzo ładnie obcięte, czego jej zazdrościłam. Więc poleciałam do mamy, która kiedyś pragnęła zostać fryzjerką. Skończyło się tragedią, bo miałam "dwupoziomowe włosy" i długą grzywę, ale udawałam, że mi się podoba aby nie obrazić mamy. Kończąc podstawówkę a idąc do gimnazjum, nie chciałam wyglądać ani jak dzieciak, ani wyglądać paskudnie. Chciałam zmiany, zacząć wszystko od nowa.
Udałam się do fryzjerki, poleconą przez podwórkową koleżankę, która też miała długie włosy do pasa i została obcięta na krótko.  Usiadłam na fotelu i poprosiłam "wystopniować, wycieniować na całej długości, z długości nic nie ścinać i chciałabym mieć ładną grzywkę na bok'. Było co ciąć!
Pani młoda, uprzejma, blond loki, sympatyczna! Po wszystkim oczom nie wierzyłam - zupełnie inna buzia. Byłam przeszczęśliwa! Pani spisała się na medal - oby więcej takich fryzjerek :) Idąc do 1 gimnazjum, wyglądałam bajecznie. Lecz chciałam wyglądać jeszcze lepiej - nie wiem co mnie podkusiło.
Najpierw zrobiłam sobie półokrągłą grzywkę, co mi nie pasowało zupełnie. Jeszcze w 1 klasie gimnazjum  poszłam do tego samego salonu ze zdjęciem. Pani na obrazku miała włosy średniej długości (lekko za ramiona) i mocno wycieniowane, postrzępione. A ja...zostałam ścięta prawie na chłopca :( Miałam włosy do połowy pleców, a wyszłam z tak krótkimi, że nie mogłam ich nawet związać.­­­­­..
Wróciłam do domu z płaczem- każdy mi mówił, że to wygląda tragicznie.Musiałam czekać aż odrosną - czyli jakieś 1,5 roku. Następnie chciałam zrobić sobie czerwone pasemka. Po chwili siedzenia z bratową w łazience, wyszłam z całymi czerwonymi włosami. Pokochałam je! Od tamtej pory farbuję się na czerwono :)
Miałam wtedy około 14 lat (jestem z końca grudnia, więc urodziny mam późno). Efekt był taki:
(zdjęcia z lipca 2012)
Cały czas farbowałam je na czerwono, przeróżnymi farbami: efekt na zdjęciu to już po 2-3 myciu Syoss. A później leciały różne: palette, Joanna Naturia, Joanna Multicream, garnier, czy inne. Jednak cały czas, to nie było to. Czerwień była ciemna lub mahoniowa, a  chodziło mi o żywy kolor. W wakacje pomiędzy 3 klasą gimnazjum a 1 technikum postanowiłam...rozjaśnić włosy. Chodziłam od fryzjerki do fryzjerki i każda mi mówiła o rozjaśnieniu- taka natura posiadaczki ciemnych naturalnych włosów.
Kupiłam rozjaśniacz i niestety...przez 2 miesiące bawiłam się w złotowłosą. Następnie zakupiłam baardzo czerwoną farbę do włosów- Revia. Pofarbowałam nią sobie włosy- efekt był super! Niestety do następnego mycia. :/  Po myciu znów miałam włosy...koloru blond! Poszłam do technikum niestety w blondzie. Tam, od nauczycielek-fryzjerek dowiedziałam się, że trzeba włos...zapigmentować. Uzbierałam jak najszybciej pieniążki, a w lutym poszłam na pigmentację i koloryzację na swoją ukochaną czerwień.
Kolor trzymał się...miesiąc! Ale już nie byłam tą złotowłosą. Gdy pigmentacja mi się też wymyła, miałam kolor rudy. Moje włosy średnio zniosły rozjaśnianie, ale i tak w sumie całkiem dobrze, po 2 latach farbowania co miesiąc. Jednak pigmentacja, to było NAJGORSZE co mogłam im zafundować. A wynik tego był taki:
 (Nie będę was straszyć twarzami, tu chodzi o włosy ;) moje "włosy" po lewo, zdjęcie z 2014 roku :) )
Plus znów- koloryzacja co miesiąc, w dodatku często suszarka, prostownica. Koleżanki z klasy ćwiczyły często na moich włosach, bo miałam jedne z dłuższych w klasie. Czyli nauka loków różnymi lokówkami, robienie fal falownicą, karbowanie karbownicą  też odbywały się na moich włosach. Niszczyłam je niewyobrażalnie, nie zwracając na to uwagi.
Spotykając się z koleżanką, coraz częściej mi opowiadała mi, że chce mieć ładne włosy. Pamiętam dzień, kiedy kupiła sobie Jantar. Zaczęła mi wtedy opowiadać o całym świecie włosomaniactwa. Koniec końców, pewnego poszłyśmy na zakupy. Pomagała mi dobrać kosmetyki do moich mega zniszczonych, kruszących się, rozjaśnianych, farbowanych, UMIERAJĄCYCH wręcz włosów. Kupiłam maskę firmy Ziaja, czerwona, do włosów farbowanych ze względu na jej bogaty skład, wodę brzozową „gloria” oraz olej rycynowy. Tak na początek. Pierwsze maskowanie włosów- zeszło prawie 1/3 słoiczka, w dodatku trzymałam maskę godzinę. I było warto! I tak to się zaczęło…
Znalazłam jeszcze stary plan pielęgnacyjny z tamtego okresu :)
Mój plan pielęgnacji wyglądał tak:
1.       Szampon: Mila aloesowy
2.       Maska1: ziaja czerwona
3.       Maska2:  kallos keratin
4.       Olej: rycynowy 2-3x w tyg
5.       Wcierka: Woda brzozowa
6.       Płukanka: mięta+pokrzywa
Na początek całkiem nieźle. Później dokupiłam jantar, olejek Green Pharmacy oraz inne kosmetyki.  Startowałam z niesamowitym sianem.  Po 2 miesiącach, włosy wyglądały znacznie lepiej. Z czasem kosmetyków przybyło, a po pół roku byłam już dumna ze swoich włosów- z ich stanu oraz długości.  Systematycznie zapisywałam, kiedy podcinałam końcówki - oczywiście końcówki podcinałam sama i to sam ogonek, na szczęście fryzjerskimi nożyczkami. Kiedy i co wcierałam i co miałam na głowie, zapisywałam dosłownie wszystko.  Udało mi się doprowadzić je do porządku. Zagęściłam je znacząco, nie wisiał mi już smętny ogonek oraz je nawilżyłam.
Efekt w pół roku był taki:


Do 12 stycznia 2016 roku cieszyłam się z moich długich włosów. Większość dziewczyn mi ich zazdrościła. Będąc na praktykach, poprosiłam starszej koleżanki z salonu, aby podcięła mi grzywkę. Zaproponowała mi też podcięcie końcówek – 2 cm. I tego pożałowałam. Ostatnie zdjęcie mam, gdy moje włosy mierzyły 65 cm. 1 stycznia mierzyły one 69 cm.

 Natomiast po podcięciu już…50 cm. Niestety tak. Wiem, że zrobiła mi to specjalnie, bo jak można pomylić 2 cm z 20? Jak to włosomaniaczka, której skrzywdzono włosy, załamałam się niesamowicie (dziewczyna która ścięła mi włosy załamała się jeszcze bardziej po tym co jej powiedziałam). Jednak to też był dla mnie turbo-kop aby jeszcze bardziej zadbać o włosy.
Zostałam pocieszona przez koleżankę, oraz mocno zmotywowana wzięłyśmy się do działania.
Niestety, po ścięciu, moje włosy się zbuntowały i nie chciały rosnąć. Pomimo specyfików, już mi znanych i przetestowanych, moje włosy nie chciały ruszyć. Tak się działo przez kilka miesięcy. Nie potrzebowałam nawet farbować włosów, bo nie miałam odrostu. Odświeżałam jedynie kolor. W kwietniu zmieniłam miejsce pracy. Poprosiłam Olę aby podcięła mi końcówki. Wiedziała, że zależy mi na długości, więc je jedynie odświeżyła. I właśnie wtedy zaczęły rosnąć :)
Oto, jak moje włosy zmieniały się w 2016 roku:



 
 
Niestety zdjęcia nie są robione w tej samej koszulce, czy z tej samej perspektywy, dlatego aż tak nie widać różnicy.  Aktualnie są już prawie do talii. :) Jeśli chodzi o kondycję, bardzo dużo dała mi świadoma pielęgnacja. Z okropnego, łamiącego się siana zrobiłam naprawdę konkretny kawał kuca :) Jeśli macie wątpliwości, potrzeba wam dawki motywacji, powiem jedno - było warto!
Były wzloty i upadki. Najgorszą decyzją jaką mogłam podjąć, to było rozjaśnienie rozjaśniaczem drogeryjnym a potem pigmentacja i katowanie farbami co miesiąc - efekty widać na zdjęciu. Gdy udało mi się ściąć to co rozjaśnione i zapuścić od nowa - szefowa pomyliła oksydanty i od nowa. Ale...

Przez ten czas wiele się nauczyłam, wiele czytałam, nauczyłam się dobierać produkty i słuchać swoich włosów - i dzięki temu pomimo bardzo agresywnych koloryzacji i pomyłek koleżanek z pracy (a kilka ich było), koło się NIE ZATOCZYŁO i moje włosy pomimo to jakoś wyglądają - nie kruszą się, nie łamią, nie mam prześwitów, nie mam ogonka ani "firanki". Czasem jak patrzę na te zdjęcia nie dowierzam, że czegoś takiego dokonałam. Że mogłam tak je zniszczyć, nieświadomie zniszczyć a pomimo to doprowadzić do ładu i składu oraz nadal farbować.
Jak wygląda moja pielęgnacja teraz już wiecie :)
Jak wam się podoba? Zmotywowani?

wtorek, 8 sierpnia 2017

46. Włosomaniaczka w podróży | Woodstock | Spotkanie Włosowe | Aktualizacja

I już po Woodstocku! Ogromnie żałuję, że tak szybko to się skończyło. Według mnie to najpiękniejszy festiwal, jaki może być. Ten, kto nie był, powinien choć raz przekonać się na własnej skórze jak tam jest - opinie ludzi są różne, a najczęściej padają z ust osób, które nigdy tam nie były. "Jest tam brudno", "tam przecież nie ma jak się wykąpać", "ludzie są straszni" - bzdura, bzdura, bzdura! Ciężko jest utrzymać porządek przy 250 tysiącach ludzi. Ale jak na tak dużą liczbę osób to i tak jest bardzo dobrze. Nie ma gdzie się wykąpać? Jest kilka miejsc gdzie są prysznice - ogólnodostępne z zimną wodą i płatne kilka złotych z ciepłą wodą. A atmosfera? Najlepsza! Każdy jest uprzejmy, każdy się uśmiecha, wszyscy przyjmą Cię z otwartymi ramionami. Czego więcej chcieć? :)
Dziękuję bardzo osobom, które się zjawiły na spotkaniu! Jesteście wszystkie niesamowite. Pomimo że spotkanie było bardzo krótkie, to była przyjemność was poznać każdą z osobna :) Za rok być może zorganizuję coś większego.
 ~*~
Jeśli chodzi o festiwale, kosmetyczka włosomaniaczki musi być również odpowiednio przygotowana. Oczywiście same must-have, ale też w nie za dużych ilościach. Jeśli wyjeżdżacie, dobrze jest wejść w posiadanie małych opakowań na kosmetyki - ja kupiłam swoje pojemniczki w Kauflandzie za kilka złotych. Do nich przelałam odpowiednio:
1. Szampon - Petal Fresh z granatem do koloru.- Taki wybór, bo pięknie pachnie, jest naturalny ale bardzo dobrze oczyszcza. Wiadomo- pot, pył, deszcz.
2. Odżywka- na Woodstock zabrałam Biowax z bambusem. Do włosów farbowanych mi się już skończył, a w drogerii Natura akurat trafiłam na promocję ;)
3. Serum silikonowe Moroccanoil - nadal je posiadam, zużywam już 3 buteleczkę. Na wyjazdach trzeba zadbać o zabezpieczanie przed dosłownie wszystkim.
4. Spray termoochronny Marion - już posiadałam i zakupiłam również w Naturze, również na promocji. Jak wyżej - zabezpieczanie przede wszystkim!
5. Suchy szampon - Tego chyba nie trzeba przedstawiać :)
6. Gumeczki do włosów - bardzo się przydały, zwłaszcza gdy trzeba było pleść warkocze na Włosowym spotkaniu :)

Starałam się zabrać absolutnie jak najmniej kosmetyków- tych do twarzy również. Jestem jedną z tych osób, która gdzie się nie obróci, tam złowi coś fajnego. Na Woodstocku udało mi się zorganizować Włosowe Spotkanie. Odwiedziłyśmy więc Helfy i Indyjski Roman's. Zgarnęłyśmy fajne kosmetyki w bardzo dobrych cenach. Niektóre produkty były w niższej cenie niż w sklepie internetowym - dodatkowo udało nam się dostać zniżkę za zamówienie grupowe :)
Dla was mam kod na zakupy w Helfy na -10%: WOOD-2017 ważny do 31.08.2017 :)

(Przepraszam was za nieodklejone ceny, wzięłam się za napisanie posta póki mam czas)

Te produkty zostaną głęboko schowane i będą czekać na testy w swoim czasie, a już 12 sierpnia w sobotę jadę do Warszawy do sklepu Agnieszki! :)

Noi ostatnia część tego postu, czyli aktualizacja. Dawno nie robiłam takiej porządnej - czas to zmienić i usystematyzować.
Po powrocie do domu, od razu wzięłam się za olejowanie olejem kokosowym. Aktualnie jest na wykończeniu. W lipcu będę używać:
1. Szampon: Petal Fresh z granatem do koloru
2. Odżywka: Petal Fresh do koloru + Biowax z bambusem i awokado + Kallos Color z tuningiem
3. Do emulgowania: Kallos Color
4.Olej: kokosowy na wykończeniu + Kesh Kanti Oil
5. Wcierka: Herba Vita cytrynowa + Kesh Kanti Oil
6. Suplementacja: pokrzywa
Aktualnie długość wynosi...58 cm! Jestem ogromnie dumna, bo na ten moment są najdłuższe odkąd prowadzę bloga :) Po akcji wcierania miałam przerwę i farbowałam włosy - odrost więc znikł. Niestety są ciemniejsze, dlatego że koleżanka z pracy pomyliła farby - miałam końce fioletowo-brązowe a odrost burgundowy. Powoli udaje mi się to wypłukać, aby ujednolicić kolor nakładam okazyjnie KroMask.  W lipcu zapomniałam zrobić aktualizację, więc nie mam porównania :( Tym razem bardzo się spieszyłam, dziś mam niezłe kołtuny i jestem przed włosingiem, więc zdjęcie jest na szybko i nieudolne :P

Kolor jest przekłamany przez światło w korytarzu :( Szykuję powoli MWH oraz niespodziankę. Obserwujcie, niedługo się pojawi! Pozdrawiam :)

środa, 19 lipca 2017

45. Godny fryzjer = wyedukowany? Jak wygląda praca w salonie od środka?

Często na grupach widzę post dotyczący polecenia godnego fryzjera w danej dziedzinie. Czasem dzieje się tak, że dobrego fryzjera nie ma w mieście, więc udajemy się w drogę do niego - 10, 50, a nawet 100 czy 200 km. Dlaczego tak jest? Czy naprawdę dobrych fryzjerów jest tak mało?


Opowiem wam jak jest, jak to wygląda z MOJEJ perspektywy. Przewinęłam się po kilku szkołach, po kilku salonach, pracowałam z różnymi ludźmi - tak różnymi, że czasem potrafię się uśmiechać przez cały dzień, a przy innej sytuacji mam wręcz ochotę zrezygnować z wykonywania zawodu.


Zacznijmy od prostego pytania - jak wygląda nauka zawodu?
Na początku byłam w technikum. Przez pierwszy rok byłam w ZSZ nr 2 w Białymstoku. Jeśli chodzi o samych nauczycieli - generalnie byli w porządku, kompetentna kadra, którą całkiem dobrze wspominam do tej pory. Nauczyciele bardzo się przykładali do tego, aby wpoić pewne rzeczy, były organizowane wycieczki, szkolenia, kursy, ale to nie było to. Zmieniłam więc technikum, na drugie - na ul. Krakowskiej w Białymstoku. Jednak tam na zajęciach praktycznych poczułam się pozostawiona sama sobie. "Przyszedł pan? Bierz nożyczki i tnij". Pytanie jak, bo nigdy nie trzymałam nożyczek w dłoniach. Noi tu pozostajesz zdana sama na siebie. "Masz nawinąć trwałą." Jak? Bierzesz wałek, nawijasz. Nikt nie powie co jest do dopracowania, na co powinnam zwrócić uwagę, jak to ma wyglądać, co zrobić gdy.. Nie. Jednak najlepiej wspominałam moją nauczycielkę od technik fryzjerskich. Jest to jedna z fryzjerek tych, które mają pasję, zaangażowanie, wiedzę.
Jest to ta nauczycielka, która czytała książki z pasją. Nie maglowała nas tylko i wyłącznie z procesów technologicznych, ale i z podstawowej wiedzy. Tej, którą fryzjerzy powinni mieć. Na temat wpływu witamin na włosy pisałam długie referaty, czy jak dbali o włosy Słowianie. Uwierzcie mi, nie każdy to w szkole ma. Bo ja byłam jedyną osobą, która te referaty pisała. Z niektórymi nauczycielami na pewne tematy potrafiłam się sprzeczać, z powodu ICH niewiedzy. Jednak z tą kobietą rozumiałam się bez słów. Podziwiałam ją, a ona pchnęła mnie do przodu. I za to jej dziękuję :)

Bardzo wcześnie jednak podjęłam radykalną zmianę. Przeprowadziłam się na drugi koniec Polski. W związku z tym, musiałam zmienić szkołę. Aby jak najszybciej móc zarabiać, musiałam przenieść się z technikum do zawodówki.  W tej szkole było inaczej. Przez miesiąc, 3 razy w ciągu całego okresu nauki należy przejść kurs obejmujący przedmioty zawodowe. 3 stopnie, każdy trwa miesiąc. I tu jest prawdziwa gratka. Jest kilka różnych przedmiotów, bardzo dużo wiedzy - nie tylko tej zapisanej, ale trzeba i słuchać.

Skoro jest kształcenie, to skąd bierze się niewiedza fryzjerów?
Już tłumaczę - BO UCZNIOWIE PRZESYPIAJĄ. Olewają zajęcia teoretyczne. Na takim jednym kursie jest 40-45 osób, z czego większość nie wie nic. Bo "nie chce im się pisać", bo "wolą pogadać z innymi", "bo po co im to". Źródeł na dzień dzisiejszy jest naprawdę wiele, wystarczy poświęcić trochę czasu aby czegokolwiek się dowiedzieć. Ale jeśli komuś się nie chce - to się nie dowie.

Pracując w salonie tej teorii jest niewiele, bądź wcale. Dlaczego? Bo tu się kładzie nacisk na to, aby zrobić coś z efektem, wiedza jest "nie potrzebna". Trafiłam do salonu, gdzie wyuczono mnie wszystkiego, abym mogła pracować. A praca w tym zawodzie wygląda AUTOMATYCZNIE. Wszystkie ruchy muszą być wyćwiczone jak w zegarku, to praca również i na czas. Wszystko musi być wyuczone tak, aby można to było zrobić z zamkniętymi oczami, nie ma czasu na pytania, potyczki, niedociągnięcia czy spokojną pracę. Wszystkie ruchy muszą być szybko.
Masz wiedzieć jak masz nawinąć wałki na trwałą, to co się dzieje we włosie jest mniej ważne. Masz umyć włosy w 3-5 minut, to jakim szamponem, jaką odżywkę nałożysz jest mniej ważne, już nie wspominając o składzie.
Żadna z moich szefowych (byłych jak i teraźniejszych) nie zna się na składzie. Żadna z fryzjerek, które znam - a ze szkoleń, szkół i po prostu z otoczenia znam ich sporo - NIE ZNA się na składach. Mało która wie co tak naprawdę nawilża włos (często słyszę od koleżanek z fachu, że olej nawilża ;) ), nie są w stanie polecić więc produktów. Więc jeśli wypadają wam włosy, przetłuszczają się, macie łupież, czy cokolwiek - nie polecam pytać fryzjerów o te tematy.  Jest mi to naprawdę przykro mówić, ale czasem słyszę takie głupoty że aż przykro słuchać. Kiedyś pracownica robiła "pielęgnację keratynową" (coś w stylu keratynowego prostowania- mycie szamponem meega ultra-rypaczem bo włosy aż piszczały po 1 przemyciu, potem nakładanie "odżywki" na włosy, po 20 minutach płukanie, suszenie i prostowanie włosów, na koniec serum silikonowe dla podtrzymania efektu). Pielęgnację keratynową - z tym że bez keratyny w składzie. Bardziej bym nazwała to pielęgnacją silikonową. Szefowa oczywiście nieświadoma.

Czy zdajecie sobie sprawę, jak bardzo czasem jesteście oszukiwani?
 Kiedyś moja szefowa robiła ombre, aby włosy jej nie przeszkadzały, stwierdziła, że na część położy odżywkę na folię aby było jej wygodniej. Kiedy zapytałam dlaczego tak, a nie inaczej, odpowiedziała mi, że jest jest w ten sposób wygodniej, a przy okazji włos się odżywi. Głośno odpowiedziałam "przecież łuska jest nieotwarta, a w ciągu godziny robienia ombre i 40 minut czekania włos się rozmiękczy od tej odżywki" - usłyszałam, że podważam jej kompetencje i klient nie musi wiedzieć, co jest robione. Gdy pracowałam w innym salonie, robiąc porządki na półkach z farbami, zauważyłam że część NIE MA PUDEŁEK, część farb jest po terminie. Kilka firm farb, kilka firm rozjaśniaczy (również po terminie był co najmniej 1), oksydanty również były różnych firm. To nie miało prawa bytu. Dezynfekcja od święta, postawiona ewentualnie "na pokaz przed sanepidem".
Nauczona ze szkoły, że tak nie ma prawa być, zwolniłam się. Miałam dość.

Trafiłam do lepszego miejsca, gdzie mnie pilnowali, abym manualnie była w jak najlepszej kondycji. Tłumaczono mi rzeczy techniczne, to jak coś zrobić. Jaki oksydant dodać, jakie proporcje farb, jak pracować z wagą, co dopracować z mojej technice strzyżenia i multum innych rzeczy. Wysyłano mnie na szkolenia, abym miała jak najświeższe informacje. Ale ja nie lubię niewiedzy. Tłumaczyłam innym jak będzie działał dany składnik szamponu, odżywki, ampułki- ale fryzjer nie lubi słuchać. Ma własne racje, albo nie chce wiedzieć.

Kiedy kładłam farbę klientce, rozmowa się rozwinęła, z jej strony padło pytanie, czy słyszałam o olejowaniu. Odpowiedziałam z radością, że tak, bardzo mnie ucieszyło, że w końcu ktoś coś wie na ten temat. Co usłyszałam dalej? "I po co tak sobie utrudniać? Bez sensu" - Szkoda że do niektórych nie da się dotrzeć. Wszelkie argumenty równają się z ziemią.
Pomimo to nie poddaję się. Ostatnio udało mi się przekonać jedną panią do hennowania włosów! Bardzo się cieszyła, wypytywała, starałam się udzielić wszelkich odpowiedzi. I wróciła z jeszcze większą porcją pytań! Tacy ludzie cieszą :)

Nie mniej jednak szefostwo ani pracownicy nie tolerują "moich metod" doradzania klientom. Bo wolę wypytać, zbadać dogłębnie problem i coś doradzić i wytłumaczyć, niż dla wszystkich klientów na wypadanie polecać Loxon na receptę, a na zniszczone, spalone włosy rozjaśniaczem ultra cudowną maskę uzdrawiającą czy wyżej wspomnianą "pielęgnację keratynową" i prostownicę. Nie. Po prostu nie. Jeśli nie wiesz, nie masz zielonego pojęcia, o czym mówisz - nie mów. Włosy to moja pasja, uwielbiam to robić, jednak tak nie da się pracować. Doradzam z przyjemnością również i wam, nie przestanę tego robić. Ale za 2 miesiące kończy mi się umowa, odchodzę z tego salonu i nie wiem czy nadal będę wykonywać ten zawód. Czas pokaże.
Dziękuję jeśli dotarliście do końca :)

EDIT:
Chciałabym dodać coś jeszcze.... Jeśli wasz fryzjer mówi/pisze/publikuje coś takiego, uciekajcie. Nawet nie odniosę się do tych słów...


poniedziałek, 17 lipca 2017

44. Okiem fryzjera: Kobieto- zrób test!

Na grupie Włosing oraz Henna na włosy, miksologia aż zagrzmiało na temat testu alergicznego na farby u fryzjera. Powiedzmy sobie szczerze - ile z was dokonało takiego testu w domu, czy u fryzjera? Odpowiedź jest porażająca - kilka! Na grupie została przeprowadzona ankieta przez Justynę z bloga Henna miksologia. jednak wasze komentarze są zdumiewające. Poruszmy temat testu alergicznego!


Czy wiecie jaki może być rezultat gdy nie wiecie czy jesteście uczulone?
Czy jesteście świadome zagrożenia?
Czy wiesz jak objawia się alergia na składniki farb?
Czy kiedykolwiek wykonałaś test na alergię?
Czy wiesz, że gdy pierwszy raz przychodzisz na koloryzację w salonie, musisz przejść taki test?
- Odpowiedź najczęściej na te pytania brzmi "nie." Niektóre z was nie wiedzą nic o takim teście! Już wyjaśniam jak to ma wyglądać.

Gdy przychodzimy do fryzjera umówić się na koloryzację, fryzjer powinien za uchem, czy na karku zrobić małą plamkę farbą na skórze. Czekamy 48 godzin - jeśli nie ma przeciwwskazań, można zrobić koloryzację. Jeśli wystąpiła reakcja alergiczna, nie zaleca się koloryzacji. Dlaczego? Bo może zaszkodzić naszym włosom i skórze głowy. Fryzjerzy oraz same marki przekonują, że farby nie zawierają szkodliwych składników, więc są super bezpieczne. Jednak żyjemy w takich czasach, gdzie wszystko może uczulić, więc bądźmy ostrożni - taki test może uratować Ci skórę!

Jakie są objawy uczulenia?
-pieczenie, swędzenie, obrzęk, rany, podrażnienie skóry głowy, które może się rozwijać. Uczucie duszności, zawroty głowy. Objawy mogą być dużo gorsze jeśli nie zareagujemy w porę. Zdarzają się wypadki, które kończą się hospitalizacją.

Często jest to wina fryzjera. Na szkoleniach z koloryzacji każdy fryzjer na samym początku szkolenia jest informowany, że powinien nowym klientom zrobić test alergiczny, na każdej farbie jest informacja o tym teście, czy też na samym początku nauki w szkołach fryzjerskich. Niestety fryzjerzy takich testów nie robią, bo "szkoda tracić czasu". Jednak gdy przychodzimy osobiście, a wizyta jest za kilka dni, należy taką próbę uczuleniową przeprowadzić.
Najczęściej jednak zostaje przeprowadzona diagnoza skóry głowy. Czasami to nie wystarczy, chociaż też fryzjer powinien obejrzeć czy nie ma innych przeciwwskazań.

A co jeśli klient odmawia?
-Wtedy cała odpowiedzialność spada na klienta. Jeśli nie zgadza się na próbę uczuleniową należy spisać to na papierze, że wszelkie skutki są na odpowiedzialność klienta i nie będzie się domagał odszkodowania.

A co wtedy, gdy próba uczuleniowa była, nic się nie stało a gdy byłam na koloryzacji, to uczulenie wystąpiło?
-Czasem dzieje się tak, że to coś z farbami jest nie tak. Na każdej tubce jest numer LOT, jeśli coś jest nie tak, fryzjer musi zadzwonić do danego przedstawiciela hurtowni/marki, podać numer LOT, farby zostają przebadane i czasem wycofywane z rynku.
 
Co zrobić, gdy koloryzacja została przeprowadzona bez testu i wystąpiła reakcja alergiczna?
-Jeśli stała nam się krzywda, można zgłosić to do Rzecznika Praw Konsumenta i walczyć o odszkodowanie. Pamiętajmy, aby na dowód wziąć paragon!

Jednak trzeba coś z tym zrobić. Wiele osób trwa w niewiedzy.

Nie rób sobie krzywdy! Będąc u fryzjera, zapytaj, czy wykonują test na reakcję alergiczną. Wiele osób nie ma świadomości, że test musi zostać wykonany. Pomóż nam uświadomić więcej osób! Napisz o tym, lub informacje przekaż dalej!

sobota, 24 czerwca 2017

43. Domowy, skuteczny sposób na łupież :)

Dosyć często słyszę pytania odnośnie łupieżu - to nie pomaga, tamto też nie, lekarze zawiedli. Szczerze wam powiem, że nigdy nie miałam tego problemu - chyba że bardzo, bardzo delikatny, czego łupieżem w sumie bym nie nazwała. Natomiast znam osobę, u której łupieżu zniszczyć się nie dało. Nie byłabym sobą, gdybym nie spróbowała czegoś z tym zrobić. Opiszę teraz kilka czynników, które mogą mieć na to wpływ :)

1. Szampon. 
Albo niekoniecznie dobrze dobrany - coś w składzie nieodpowiada dla skóry głowy, lub częstsza przyczyna - częste zmiany szamponu. Czasem skóra głowy źle reaguje na to, gdy co tydzień zmieniamy szampon. Skóra głowy czasem przyzwyczaja się do jednego (np. bardzo popularny H&S od którego później ciężko uciec) i na zmianę reaguje właśnie łupieżem.

2. Choroby skórne.
Zaniedbanie higieny to częsta przyczyna, przetrzymywanie skóry głowy nawet do 5-7 dni jest niezbyt dobrym pomysłem. Często spotykam się z postawą "aby jak najrzadziej myć włosy bo to niszczy", co skutkuje właśnie łupieżem. BZDURA! Najlepiej myć wtedy, gdy jest taka potrzeba - nie przetrzymujmy na siłę. Jednak według mnie jest dobrze myć co 2-3 dni. Takie przetrzymywanie kończy się różnymi chorobami skóry głowy, noi wtedy pozostaje tylko nam dobry dermatolog.

3. Nieodpowiednia wcierka.
Bywają i takie, które wywołują łupież. Nie u każdego, a u niektórych. Zmiana wcierki lub zaprzestanie na jakiś czas powinno pomóc.

4. Zbyt słabo spłukany szampon.
To jest bardzo ciekawe! Niejednokrotnie to jest problemem. Myjemy włosy, spłukujemy bardzo krótko, a produkt zostaje częściowo na skórze głowy. Podrapiemy się po głowie, a tu śnieg. I nie wiadomo skąd. Spłukujmy dokładniej!

Czynników jest o wiele więcej, opisałam krótko te najczęstsze. Sprawdziłam pewną możliwość na osobie, która bardzo długo boryka się z tym problemem. Przepis jest bardzo prosty oraz szybki :)

Potrzebne nam będzie:
-przegotowana, letnia woda
-ocet jabłkowy
-wacik
-pojemniczek

Przegotowaną wodę (np 100 ml) wlewamy do pojemniczka. Dobrze by było, aby była letnia. Dolewamy 25 ml octu jabłkowego, mieszamy i gotowe :) Nasączamy wacik i metodą przedziałkową przecieramy delikatnie skórę głowy. Proporcja to 4:1 (4 części wody na 1 część octu). Na początek można spróbować 4:1, jeśli będzie w porządku, zostawiamy. Ja miałam do czynienia z bardzo trudnym przypadkiem, o bardzo topornej skórze głowy, dlatego zastosowałam proporcję 2:1.
 Myślę, że raz w tygodniu lub gdy łupież powróci będzie optymalną dawką. Jeśli łupież ustąpi - odstawić. :)
Aktualnie ta metoda dobrze się sprawdziła na kilku osobach, na ten moment łupież mają z głowy (dosłownie) :D
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Jeśli chcecie się podzielić efektami Akcji Wcierania, zapraszam do podsyłania zdjęć lub opisu efektów na maila --> asgaarddottir11@gmail.com :)

czwartek, 22 czerwca 2017

42. Czerwcowe nowości | Przeproteinowanie

Cześć!
Znów była długa przerwa, ale już nadrabiam! Bardzo się cieszę że akcja tak bardzo wam się podoba. Jeśli chcecie, zapraszam do wysyłania waszych efektów przed i po na mojego maila, lub linków do wpisu: asgaarddottir11@gmail.com , z przyjemnością umieszczę wasze efekty na blogu :)

Będąc na wyjeździe w Białymstoku,  spotkałam się z Hair venture. Na wyjazd zabrałam za dużo kosmetyków do twarzy oraz włosów (co nie było za dobrym pomysłem ;) ). Obowiązkowo: odlewkę szamponu Barwa pokrzywowa, glicerynę, odżywkę Petal Fresh, maskę Schfarzkopf esccence ultime złota, olej kokosowy oraz tonik różany evree jako podkład pod olej oraz obowiązkowo wcierkę Herba Vita.
Obowiązkowo był oczywiście włosing! Oliwa z oliwek oraz maseczka drożdżowa DIY na skalp. Oczywiście kiedy potrzebuję wyjść - musiało coś pójść nie tak i... nie mogłam domyć oleju ;) Koniec końców, skończyło się to potwornym przeproteinowaniem i przeemolientowaniem - podwójna tragedia. Włosy wyratowałam Ziają intima z szałwią lekarską oraz Kallosem Arganowym.

Na wyjazdach nie obejdzie się oczywiście bez odwiedzenia sklepów. Jestem zadowolona z kilku moich łupów, kolekcje znów się powiększają - na szczęście tylko w tych grupach, gdzie czegoś brakuje ;) 

Łupy nie tylko włosowe, ale też twarzowe (i stopowe ;) ). Humavit zacznę łykać od nowego miesiąca, do emulgowania oleju oczywiście kolejny Kallos. Jeśli chodzi o szampony - będę wykańczać resztki, które mi zostały. Biowaxa na tą chwilę odkładam na półkę.

A teraz coś dla czerwonowłosych: opowiem wam o KroMask!
Moim problemem jest to, że muszę rozjaśniać włosy, aby mi wyszła jakakolwiek czerwień. Po jakimś czasie, czerwień wypłukuje mi się do rudego, co nie zawsze mi pasuje, a odświeżać kolor co kilka tygodni średnio ma sens. W prezencie na urodziny (które miałam w grudniu a prezent dopiero odebrałam ;) ) od Pauliny dostałam KroMask - maskę koloryzującą. W salonie posiadamy takową, jednak w kolorze rudym. Napiszę dla niej oddzielny post, ale po krótce napiszę, że ratuje mnie z opresji, gdzie muszę wyglądać, a kolor jest nie zrobiony. Jest szybką alternatywą dla farby, daje piękny kolor, ale zobaczymy za parę tygodni, gdy ją konkretnie przetestuję z każdej strony. :)

To wszystko na dziś :)
Specjalne podziękowania dla Pauliny za mile spędzony wspólnie czas <3 

piątek, 9 czerwca 2017

41. Pierwsza akcja!

Witajcie!
Dziś mam dla was coś nowego. Postanowiłam zrobić swoją pierwszą akcję, aby się zmotywować do działania i nie zapomnieć przez zbliżające się wakacje o włosach! Cóż, może i nie o włosach - bo latem bardzo dbamy o to aby je zabezpieczyć przed czynnikami zewnętrznymi, ale często zapominamy o skalpie.
Przypomnij sobie swój cel - dłuższe włosy, gęstsze, zdrowy skalp, ograniczenie wypadania, cokolwiek! Moim celem jest do końca roku zapuścić 60 cm włosów. Aktualnie mam 55 - niby realne, ale będę musiała je skrócić o conajmniej 2-3 cm w tym roku. W dodatku z moimi leniwymi włosami, które nie chcą rosnąć bez przyspieszaczy, to cięższe zadanie. Przez miesiąc urosły mi tylko 0,5 cm, więc czas się wziąć za systematyczność :)

Zasady są proste. Wybieramy wcierkę, którą będziemy stosować codziennie przez 30 dni - raz lub dwa razy dziennie. Przed i po akcji należy zmierzyć długość włosów lub zrobić zdjęcie. Dlaczego tak często? Najbardziej włosy rosły mi gdy stosowałam Kaminomoto. Kaminomoto wcierałam 2 razy dziennie, co skutkowało podcinaniem grzywki 1-2 razy w tygodniu. Spróbuję zrobić to jeszcze raz aby zobaczyć efekty przy innej wcierce. Termin kiedy zaczniecie, to już wasza sprawa - aby było równe 30 dni!
Oprócz wcierek będę regularnie robić peeling skóry głowy. Jak wcierać, to wcierać ;) (1x w tygodniu)
Jeśli coś stosujesz już w tym momencie, nie musisz tego przerywać. Możesz stosować obie wcierki.

Ja wybrałam wcierkę Herba Vita z acerolą i biotyną (dostępna w napieknewlosy.pl ) , będę wcierać 1-2 x dziennie w miarę możliwości. Ustawiłam sobie powiadomienie na telefon rano i wieczorem, teraz pozostaje tylko działać! Aktualna długość - 55 cm. Liczę na 56-57 cm, zobaczymy co z tego wyniknie :)

środa, 7 czerwca 2017

40. Tipy: Jak wykorzystać puste opakowania po kosmetykach?



Cześć!
Od pewnego czasu rzadziej piszę – a to podróże, a to więcej pracy, więcej nauki i tak w nieskończoność. Wróciłam do domu, zrobiłam porządek na półkach z kosmetykami i… no właśnie. Znalazłam coś, co może dla was się przydać i tym o to chcę się z wami podzielić.
Czasem, gdy robi się harmider na półkach z produktami, chcemy je ułożyć, znajdujemy różne rzeczy. Często też są to puste opakowania. Zwykle ich nie wyrzucam, a odkładam do pudełka, bo najczęściej się przydają do innych rzeczy - mam taką naturę chomika :)  Dziś podam wam parę tipów, jak wykorzystać puste opakowania po produktach!



1.       Duże opakowania po maskach.
Jak wykorzystać opakowania po Kallosach lub innych litrowych maskach? Wbrew pozorom, bardzo się przydają.  Ja używam ich do przechowywania pędzli do makijażu, osobne mam też na szczotki do włosów! Ostatnio użyłam innego opakowania Kallosa do rozrobienia henny – sprawdził się świetnie.:)

2.       Małe opakowania po maskach
Pudełeczka po małych maskach czy odżywkach używam do po prostu przechowywania innych pierdoletów, takich jak np. biżuteria. Inne służą mi do przechowywania wsuwek czy gumek – dzięki temu ich nie gubię. :) Lubię też je wykorzystywać do przechowywania ziół. Bardzo nie lubię mieć porozrzucanych torebeczek po domu, z których bardzo łatwo się wysypują, wietrzeją. Wtedy wrzucam zioła (wraz z torebeczką) do opakowania, podpisuję i układam w danym miejscu.

3.       Małe opakowania po płynach, próbkach szamponów, itp.
Takie opakowania lubię najbardziej! Sprawdzają się w podróży. Przelewam do danego opakowania tyle szamponu, ile potrzebuję, czy też odżywki czy oleju. Fajne są również do wymiany. Jeśli chcemy wręczyć innej włosomaniaczce próbkę oleju, maski czy szamponu do testów, przelewamy i gotowe. 

4.       Opakowania z pompką, atomizerem, dozownikiem, pipetką, „dziurką”.
Wystarczy, że produkt wyślizgnie się z dłoni, wyląduje na podłodze i pompka już jest zepsuta. W tej sytuacji przelewamy produkt do innego i problem z głowy. Inną metodą będzie np. stworzenie mgiełki DIY. Takie opakowanie wtedy jest dla nas ratunkiem. Jeśli natomiast opakowanie wcierki nas wkurza, jest nieporęczne, wystarczy przelać do tego, które jest wygodniejsze.  Opakowanie z atomizerem przyda się też do zwilżania twarzy przy glinkach, czy też Opakowania z pompką są genialne przy olejach! :) O wiele lepiej jest nacisnąć pompkę niż wylewać na dłoń (i przy okazji przelać) i nałożyć za dużo oleju na włosy. Ostatnio wykańczam serum z Ava, posiada ono pipetkę. Taka pipetka będzie bardzo pomocna przy serach do włosów – o wiele łatwiej będzie wydzielić ilość jednej kropli. Jest też druga opcja przy serach do włosów. Mianowicie w buteleczkach po olejkach eterycznych jest charakterystyczny „dzióbek”, „dziurka”. Również może być bardzo pomocne przy wydzielaniu jednej kropli. 

5.       Opakowania po soli do kąpieli.
Dla mnie najlepsza opcja do rozcieńczania szamponu.  Duże, szybko się napełniają, poręczne, nic się nie wylewa bardziej niż powinno.

6.       Małe słoiczki, opakowania z nakrętką.
      Również bardzo są przydatne. Często służą do brania próbek kosmetyków w sklepach, od koleżanek, czy też do przechowywania takich bardzo drobiazgowych rzeczy (dla osób, które robią paznokcie bardzo będą pomocne). Wyratowały mnie też z sytuacji, gdy robiłam swój własny balsam do ust DIY. Są do tego stworzone. 

7.       Opakowania po podkładach w kremie.
Kiedyś kupiłam podkład w kremie z Ingrid. Był to fatalny pomysł ale… gdy się wykończył, dokleiłam do niego sitko, wsypałam skrobię i oto mam opakowanie na suchy szampon DIY! O wiele łatwiej się go aplikuje w tej wersji. Inną metodą na wykorzystanie słoiczków po podkładach jest zrobienie z niego…świecznika! U mnie się sprawdza. 

8.       Szklane opakowania
Te zachowuję najczęściej. W szklanych jest najlepiej przechowywać wcierki domowej roboty, czy maceraty.

 Taka moja natura - nic się nie zmarnuje. Jak wam się podoba? Wykorzystujecie opakowania?

niedziela, 28 maja 2017

39. Aktualizacja | Pierwsze wrażenia po hennie

Spokojnie, nie przestaję pisać :)
Miałam długą przerwę od pisania przez przeprowadzkę i chwilowy brak internetu. Na szczęście już po całym zamieszaniu, czas zdać sprawozdanie co się działo przez ponad miesiąc czasu! :)

Jeśli chodzi o akcję z anwen, to szło mi na początku całkiem dobrze! Byłam we wszystkim systematyczna aż do momentu przenoszenia rzeczy ;) Po tym moja systematyczność legła w gruzach. Postanowiłam to powtórzyć i wznawiam swoje działania.
Na początku maja również podcięłam końce o 2-3 cm.
Aktualnie ich długość to 54,5 cm - pomimo ścięcia są nadal dłuższe niż były, więc musiały sporo urosnąć.
Postanowiłam również przerzucić się na "lżejszą" pielęgnację. Zauważyłam, że rezygnacja z SLS, farb i innych ciężkich rzeczy służy moim włosom. Więc co to oznacza? Oznacza to, że będę myć włosy lekkimi szamponami, maski i odżywki będą najczęściej bezsilikonowe, silikony postaram się kłaść jak najrzadziej, rezygnuję również z farb, raz na jakiś czas zrobię tylko i wyłącznie odrost.
Więc co zamierzam? Przerzuciłam się na hennę :)
Pierwsze hennowanie jest już za mną. A oto i efekty :)



Mój kolor sprał się do rudo-blondu, zapuściłam również ładny odrost. Najgorzej się czuję właśnie w tym spranym kolorze, postanowiłam więc poeksperymentować. Dzięki grupie Henna na włosy, Miksologia znalazłam informacje o najbardziej czerwonych hennach i w jaki sposób powinnam to zrobić. Kupiłam więc 200g Banjaras i Mumtaz od jednego sprzedawcy, zaopatrzyłam się o wodę destylowaną, sok z jabłek i zabrałam się do roboty. Na początek stworzyłam kilka różnych próbek i miksów aby wiedzieć jak dana henna barwi. Zrobiłam test na wacikach, popatrzyłam na zdjęcia jak dane henny wychodzą. Najbardziej przemówiła do mnie Banjaras.
Na moje włosy poszło 120 g Banjaras i pół szklanki soku jabłkowego. Zalałam ciepłą wodą i wymieszałam do konsystencji pasty. Henna została przygotowana w plastikowym pojemniku po litrowym Kallosie (kolejny tip na te wielkie pudełka, więcej podam w następnym poście ;) ) i odstawiona na 4 godziny do kąpieli wodnej aby nie za bardzo traciła swojego ciepełka. Po 4 godzinach umyłam włosy miksem szamponów z SLS aby oczyścić dokładnie włosy z filmformerów - były już kilkudniowe, więc musiałam zapewnić im solidne oczyszczanie. Nałożyłam pasmo po paśmie hennę na całe włosy, zajęło mi to około 15 minut.
Zwykle henna wychodzi innym za rzadka - byłam na to na tyle wyczulona, że zrobiłam zbyt gęstą. Po tych 4 godzinach henna sama w sobie również zgęstniała (rada na przyszłość? Nie bać się wody :) ) Zebrałam włosy na czubku głowy, owinęłam folią, nałożyłam czapkę i położyłam się spać.
Po 10 godzinach zmyłam hennę, nałożyłam glutek lniany i owinęłam na 15 minut folią.  Następnie spłukałam siemię, i podsuszyłam lekko włosy.



Moje przemyślenia...
Na początku byłam bardzo zadowolona z tego, jak bardzo się błyszczą! Z drugiej strony bardzo bałam się przesuszu po tym i miałam rację. Moje włosy są bardzo sztywne z natury, henna sama z siebie dodała im jeszcze sztywności. Nie jestem przyzwyczajona do tego suszu, nie mogę się doczekać pierwszego mycia ;) Na kolejny raz dodam odżywki lub czegoś mocno nawilżającego do henny lub po hennie.
Kolejną rzeczą jest światło. Na słońcu kolor jet inny, w cieniu inny, na światło pokojowe inny. Zostałam kameleonem :)
Istotną rzeczą jest chelatowanie. Niestety mi się to nie udało - brak odpowiedniego szamponu i octu jabłkowego. Na kolejne hennowanie zadbam, aby ten punkt został zrealizowany.
Ostatecznie jestem ogromnie zadowolona z henny Banjaras, widocznie nie taki straszny diabeł jak go malują :) Nie mogę się doczekać kolejnego razu.
Specjalne podziękowania należą się Martynie z grupy za pomoc i porady oraz inspirację! :)

środa, 5 kwietnia 2017

38. Recenzje: Sadza Soap!

Przez niektórych długo wyczekiwana recenzja Szamponu Sadza Soap! Możecie go kupić tutaj: --> KLIK <--Zapraszam do zapoznania się z tym specyfikiem :)

  Bardzo sobie cenię kosmetyki naturalne, o krótkim, lecz dobrze skomponowanym składzie. Kto by pomyślał? Szampon z węglem? A jednak! Oprócz szamponu mamy też do wyboru peeling oraz żel. Do kupna nakłoniła mnie pozytywna reakcja Olka. Do szamponu podeszłam sceptycznie, no bo co może szampon z węglem czego nie robią inne szampony? Odpowiedź dostałam po 1 myciu, ale najpierw przeanalizujmy skład.

Skład jest krótki i bardzo prosty a przede wszystkim naturalny, co jest bardzo na plus, bo nie znoszę szamponów z kilometrową listą składników. 

INCI:
aqua, decyl glucoside, lauryl betainę, sodium chloride,xantham gum phenoxyethanol, aloe barbadensis( aloe vera), citric acid, benzoic acid, hydroacetic acid, activated charcoa 

Decyl glucoside-To łagodny, nietoksyczny i bardzo dobrze tolerowany przez skórę środek myjący. Otrzymuje się go z naturalnych surowców, w wyniku reakcji alkoholu tłuszczowego z oleju kokosowego z glukozą pozyskiwaną z kukurydzy.
Jest kompatybilny ze wszystkimi typami detergentów- zarówno gdy występuje w formulacji jako główny oraz jako drugi surfaktant. Stabilizator piany, skuteczny również w twardej wodzie. 


Lauryl Betaine-substancja łagodzi ewentualne drażniące działanie wywołane przez anionowe substancje powierzchniowo czynne na skórę. Wykazuje działanie antystatyczne na włosy,  zmiękcza i wygładza włosy. Ułatwia usuwanie zanieczyszczeń z powierzchni skóry i włosów, a także substancja myjąca - usuwa zanieczyszczenia z powierzchni włosów i skóry.

Sodium Chloride- Reguluje lepkość
Xanthan Gum- naturalny zagęszczacz 
Phenoxyethanol- substancja konserwująca
Aloe Barbadensis- Aloes,więc wiadomo :)
Citric Acid- czyli kwasek cytrynowy, działa złuszczająco, usuwa przebarwienia i rozjaśnia skórę
Benzoic acid- konserwant
Hydroacetic Acid- ?
Activated Charcoa- węgiel aktywny


Szampon wygląda tak, pieni się na szaro. Podczas spłukiwania, na początku się nabrałam że mam tak brudne włosy ;) Szampon nie barwi, można go używać na spokojnie, jest bezpieczny dla każdego koloru włosów :)

Moje wrażenia...
Pierwszy szampon bez SLS, SLES który tak dokładnie oczyścił moje włosy. Przywykłam do mycia dwa razy, jednak z tym szamponem zdecydowanie raz wystarczy, chyba że potrzebujemy bardzo bardzo mocnego oczyszczania, typu Naked Hair Challange :)
Sadza soap ma bardzo unikalny design, więc po niego sięgną nie tylko kobiety ale i mężczyźni. Często spotykamy się z sytuacją "Ten szampon jest dla bab" - "prawdziwy" samiec alfa z takiego nie korzysta. Sadza Soap jak najbardziej na TAK. :) Jedna butelka starczyła mi na 1,5 miesiąca, dałam też kilka razy skorzystać z niego koleżance noi nadal go mam na denku. Jest bardzo wydajny:)

Skład tego kosmetyku jest jak najbardziej w porządku. Podpasuje też dla alergików, osób o wrażliwym skalpie (ze skłonnością do zapychania, czyli takich jak ja :) ), oraz wegan. 
No właśnie. Jeśli chodzi o sprawę zapychania: mój skalp ma pod tym względem bardzo dużo do życzenia, zapycha mnie większość kosmetyków. Z tym szamponem nie miałam takich niespodzianek i za to również go uwielbiam! Nie mamy tutaj PEGów, parabenów, ani mocnych detergentów. 
Szampon jest wart swojej ceny, na pewno będę go miała jeszcze nie raz na półce :)

A teraz coś dla was kochani! Tutaj kod rabatowy na ten szampon w sklepie http://napieknewlosy.pl/ !
Kod jest ważny przez 2 tygodnie. Korzystajcie! :)