środa, 9 sierpnia 2017

47. Moja Włosowa Historia!

Hej!
Po długim czasie namysłu, postanowiłam opisać MWH. Niestety będzie trochę uboga w zdjęcia, ponieważ wyprowadzając się z mojego rodzinnego Podlasia na Łódzkie, zostawiłam album ze zdjęciami, a zdjęcia na laptopie już dawno mi przepadły, udało mi się odzyskać tylko kilka. 

Z opowiadań członków rodziny wiem, że urodziłam się baardzo "owłosiona" :) Miałam dużo małych czarnych włosków na głowie. Na początku to były...loczki! Małe, czarne spiralki. Gdy pojawiło się ich znacznie więcej, tata zaprowadził mnie do fryzjerki (której nienawidzę do tej pory, a zawsze prowadzał mnie do jednej) i jako dziecko, zostałam ogolona na łyso :)
(Tu miałam 3 lata)
Włosy sobie odrastały spokojnie, ale za to bardzo grube i mocne jak na dziecko- odziedziczyłam włosy po tacie! Ciemne, grube i sztywne. Z czasem gdy dorastałam, a włosy stawały się dłuższe, był problem- z myciem i czesaniem. Po myciu czesał mi włosy tata, bo gdy mama wzięła szczotkę lub grzebień do ręki, krzyczałam i uciekałam. Tata był nieco delikatniejszy, ale i tak niechętnie dawałam swoje włosy komukolwiek. Moje włosy nie miały tendencji do plątania- TO BYŁ JEDEN WIELKI KOŁTUN. Mycie szamponem bez odżywki daje właśnie taki oto efekt, ale co mężczyzna mógł wiedzieć o pielęgnacji damskich, dziecięcych włosów?
(Tu miałam 7 lat)



Pamiętam, jak moja babcia wysyłała odżywki w sprayu bez spłukiwania dla dzieci ze Stanów - po tych odżywkach dawało radę ale -jak włosy trochę bardziej przeschną. Postanowiłam trochę pogrzebać i znalazłam jak wygląda:

Może i jest dostępna w Polsce, nie wiem, nigdy nie widziałam, a ja jej używałam jakieś około 12 lat temu :) Do dziś pamiętam jej zapach :)
Mama od dziecka lubiła mi robić prostą grzywkę. I tak też ją od dziecka miałam. Zawsze byłam ścięta na tzw: kleopatrę :) Czyli równa grzywka i włosy do ramion. Grzywkę podcinała mi mama, czasem tata lub często fryzjerka- niestety, zwykle do połowy czoła, aby "nie chodzić za często", a gdy włosy były w okolicach połowy pleców - sru do fryzjera znów na kleopatrę! :(
Pani Joanna K., która ma swój zakład w Białymstoku do dziś, do tej pory nie umie ścinać. Grzywkę zawsze musiała mi zrobić krzywo, z zębem, a włosy ścinała na długość do połowy szyi. Tak było cały czas. Moja siostra, zresztą miała to samo (w wieku dziecięcym byłyśmy jak dwie krople wody, z tą różnicą, że ona jest o 7 lat starsza :) ). Jedynie na komunię udało się uratować moje włosy przed ścięciem. Po komunii- znów miałam obcięte. Ostatni raz zostałam ścięta na kleopatrę w 5 klasie. Byłam tak zrażona do tej fryzury, fryzjerki i nożyczek, że już się nie dałam zaciągnąć. W końcu już umiałam odpowiadać "nie" i miałam trochę więcej do powiedzenia, po za tym każda dziewczynka w klasie miała długie włosy, były śliczne a ja im mogłam jedynie pozazdrościć. Zwłaszcza jednej- która zawsze miała włosy za pupę.
Postanowiłam coś zmienić- zaczęłam zapuszczać grzywkę na bok. Po części, to była moja najgorsza decyzja- wyglądałam strasznie. Lecz gdyby nie to, nie zmieniłabym nic i nie doszłabym do pewnych rzeczy.
Pewnego dnia, dziewczynka z mojej klasy przyszła w krótkich włosach. Były bardzo ładnie obcięte, czego jej zazdrościłam. Więc poleciałam do mamy, która kiedyś pragnęła zostać fryzjerką. Skończyło się tragedią, bo miałam "dwupoziomowe włosy" i długą grzywę, ale udawałam, że mi się podoba aby nie obrazić mamy. Kończąc podstawówkę a idąc do gimnazjum, nie chciałam wyglądać ani jak dzieciak, ani wyglądać paskudnie. Chciałam zmiany, zacząć wszystko od nowa.
Udałam się do fryzjerki, poleconą przez podwórkową koleżankę, która też miała długie włosy do pasa i została obcięta na krótko.  Usiadłam na fotelu i poprosiłam "wystopniować, wycieniować na całej długości, z długości nic nie ścinać i chciałabym mieć ładną grzywkę na bok'. Było co ciąć!
Pani młoda, uprzejma, blond loki, sympatyczna! Po wszystkim oczom nie wierzyłam - zupełnie inna buzia. Byłam przeszczęśliwa! Pani spisała się na medal - oby więcej takich fryzjerek :) Idąc do 1 gimnazjum, wyglądałam bajecznie. Lecz chciałam wyglądać jeszcze lepiej - nie wiem co mnie podkusiło.
Najpierw zrobiłam sobie półokrągłą grzywkę, co mi nie pasowało zupełnie. Jeszcze w 1 klasie gimnazjum  poszłam do tego samego salonu ze zdjęciem. Pani na obrazku miała włosy średniej długości (lekko za ramiona) i mocno wycieniowane, postrzępione. A ja...zostałam ścięta prawie na chłopca :( Miałam włosy do połowy pleców, a wyszłam z tak krótkimi, że nie mogłam ich nawet związać.­­­­­..
Wróciłam do domu z płaczem- każdy mi mówił, że to wygląda tragicznie.Musiałam czekać aż odrosną - czyli jakieś 1,5 roku. Następnie chciałam zrobić sobie czerwone pasemka. Po chwili siedzenia z bratową w łazience, wyszłam z całymi czerwonymi włosami. Pokochałam je! Od tamtej pory farbuję się na czerwono :)
Miałam wtedy około 14 lat (jestem z końca grudnia, więc urodziny mam późno). Efekt był taki:
(zdjęcia z lipca 2012)
Cały czas farbowałam je na czerwono, przeróżnymi farbami: efekt na zdjęciu to już po 2-3 myciu Syoss. A później leciały różne: palette, Joanna Naturia, Joanna Multicream, garnier, czy inne. Jednak cały czas, to nie było to. Czerwień była ciemna lub mahoniowa, a  chodziło mi o żywy kolor. W wakacje pomiędzy 3 klasą gimnazjum a 1 technikum postanowiłam...rozjaśnić włosy. Chodziłam od fryzjerki do fryzjerki i każda mi mówiła o rozjaśnieniu- taka natura posiadaczki ciemnych naturalnych włosów.
Kupiłam rozjaśniacz i niestety...przez 2 miesiące bawiłam się w złotowłosą. Następnie zakupiłam baardzo czerwoną farbę do włosów- Revia. Pofarbowałam nią sobie włosy- efekt był super! Niestety do następnego mycia. :/  Po myciu znów miałam włosy...koloru blond! Poszłam do technikum niestety w blondzie. Tam, od nauczycielek-fryzjerek dowiedziałam się, że trzeba włos...zapigmentować. Uzbierałam jak najszybciej pieniążki, a w lutym poszłam na pigmentację i koloryzację na swoją ukochaną czerwień.
Kolor trzymał się...miesiąc! Ale już nie byłam tą złotowłosą. Gdy pigmentacja mi się też wymyła, miałam kolor rudy. Moje włosy średnio zniosły rozjaśnianie, ale i tak w sumie całkiem dobrze, po 2 latach farbowania co miesiąc. Jednak pigmentacja, to było NAJGORSZE co mogłam im zafundować. A wynik tego był taki:
 (Nie będę was straszyć twarzami, tu chodzi o włosy ;) moje "włosy" po lewo, zdjęcie z 2014 roku :) )
Plus znów- koloryzacja co miesiąc, w dodatku często suszarka, prostownica. Koleżanki z klasy ćwiczyły często na moich włosach, bo miałam jedne z dłuższych w klasie. Czyli nauka loków różnymi lokówkami, robienie fal falownicą, karbowanie karbownicą  też odbywały się na moich włosach. Niszczyłam je niewyobrażalnie, nie zwracając na to uwagi.
Spotykając się z koleżanką, coraz częściej mi opowiadała mi, że chce mieć ładne włosy. Pamiętam dzień, kiedy kupiła sobie Jantar. Zaczęła mi wtedy opowiadać o całym świecie włosomaniactwa. Koniec końców, pewnego poszłyśmy na zakupy. Pomagała mi dobrać kosmetyki do moich mega zniszczonych, kruszących się, rozjaśnianych, farbowanych, UMIERAJĄCYCH wręcz włosów. Kupiłam maskę firmy Ziaja, czerwona, do włosów farbowanych ze względu na jej bogaty skład, wodę brzozową „gloria” oraz olej rycynowy. Tak na początek. Pierwsze maskowanie włosów- zeszło prawie 1/3 słoiczka, w dodatku trzymałam maskę godzinę. I było warto! I tak to się zaczęło…
Znalazłam jeszcze stary plan pielęgnacyjny z tamtego okresu :)
Mój plan pielęgnacji wyglądał tak:
1.       Szampon: Mila aloesowy
2.       Maska1: ziaja czerwona
3.       Maska2:  kallos keratin
4.       Olej: rycynowy 2-3x w tyg
5.       Wcierka: Woda brzozowa
6.       Płukanka: mięta+pokrzywa
Na początek całkiem nieźle. Później dokupiłam jantar, olejek Green Pharmacy oraz inne kosmetyki.  Startowałam z niesamowitym sianem.  Po 2 miesiącach, włosy wyglądały znacznie lepiej. Z czasem kosmetyków przybyło, a po pół roku byłam już dumna ze swoich włosów- z ich stanu oraz długości.  Systematycznie zapisywałam, kiedy podcinałam końcówki - oczywiście końcówki podcinałam sama i to sam ogonek, na szczęście fryzjerskimi nożyczkami. Kiedy i co wcierałam i co miałam na głowie, zapisywałam dosłownie wszystko.  Udało mi się doprowadzić je do porządku. Zagęściłam je znacząco, nie wisiał mi już smętny ogonek oraz je nawilżyłam.
Efekt w pół roku był taki:


Do 12 stycznia 2016 roku cieszyłam się z moich długich włosów. Większość dziewczyn mi ich zazdrościła. Będąc na praktykach, poprosiłam starszej koleżanki z salonu, aby podcięła mi grzywkę. Zaproponowała mi też podcięcie końcówek – 2 cm. I tego pożałowałam. Ostatnie zdjęcie mam, gdy moje włosy mierzyły 65 cm. 1 stycznia mierzyły one 69 cm.

 Natomiast po podcięciu już…50 cm. Niestety tak. Wiem, że zrobiła mi to specjalnie, bo jak można pomylić 2 cm z 20? Jak to włosomaniaczka, której skrzywdzono włosy, załamałam się niesamowicie (dziewczyna która ścięła mi włosy załamała się jeszcze bardziej po tym co jej powiedziałam). Jednak to też był dla mnie turbo-kop aby jeszcze bardziej zadbać o włosy.
Zostałam pocieszona przez koleżankę, oraz mocno zmotywowana wzięłyśmy się do działania.
Niestety, po ścięciu, moje włosy się zbuntowały i nie chciały rosnąć. Pomimo specyfików, już mi znanych i przetestowanych, moje włosy nie chciały ruszyć. Tak się działo przez kilka miesięcy. Nie potrzebowałam nawet farbować włosów, bo nie miałam odrostu. Odświeżałam jedynie kolor. W kwietniu zmieniłam miejsce pracy. Poprosiłam Olę aby podcięła mi końcówki. Wiedziała, że zależy mi na długości, więc je jedynie odświeżyła. I właśnie wtedy zaczęły rosnąć :)
Oto, jak moje włosy zmieniały się w 2016 roku:



 
 
Niestety zdjęcia nie są robione w tej samej koszulce, czy z tej samej perspektywy, dlatego aż tak nie widać różnicy.  Aktualnie są już prawie do talii. :) Jeśli chodzi o kondycję, bardzo dużo dała mi świadoma pielęgnacja. Z okropnego, łamiącego się siana zrobiłam naprawdę konkretny kawał kuca :) Jeśli macie wątpliwości, potrzeba wam dawki motywacji, powiem jedno - było warto!
Były wzloty i upadki. Najgorszą decyzją jaką mogłam podjąć, to było rozjaśnienie rozjaśniaczem drogeryjnym a potem pigmentacja i katowanie farbami co miesiąc - efekty widać na zdjęciu. Gdy udało mi się ściąć to co rozjaśnione i zapuścić od nowa - szefowa pomyliła oksydanty i od nowa. Ale...

Przez ten czas wiele się nauczyłam, wiele czytałam, nauczyłam się dobierać produkty i słuchać swoich włosów - i dzięki temu pomimo bardzo agresywnych koloryzacji i pomyłek koleżanek z pracy (a kilka ich było), koło się NIE ZATOCZYŁO i moje włosy pomimo to jakoś wyglądają - nie kruszą się, nie łamią, nie mam prześwitów, nie mam ogonka ani "firanki". Czasem jak patrzę na te zdjęcia nie dowierzam, że czegoś takiego dokonałam. Że mogłam tak je zniszczyć, nieświadomie zniszczyć a pomimo to doprowadzić do ładu i składu oraz nadal farbować.
Jak wygląda moja pielęgnacja teraz już wiecie :)
Jak wam się podoba? Zmotywowani?

6 komentarzy:

  1. Ha, ja jestem tą koleżanką! <3 I nie zapytałaś o pozwolenie o użycie zdjęcia moich cycków siedzących obok kufla piwa, spotkamy się w sądzie!

    Ale czuję się zmotywowana na nowo, teraz ty mnie pilnuj by mnie leń nie złapał :* Piękne włosy, jedne z moich ulubionych <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiedziałam czy zgadzasz się na udostępnienie Twojego imienia :) Motywuj się, motywuj, Ty mnie motywujesz od kilku lat :) <3

      Usuń
    2. Na cycki się nie zgadzam, hahaha :D

      Usuń
  2. Oj, widać różnicę, widać. Ewidentnie przykrywają coraz większy obszar pleców :) Dużo bardziej podobają mi się na równo niż wycieniowane - dzięki temu naprawdę widać, że masz ich mnóstwo. I jeszcze ten blask...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
  3. Po tylu eksperymentach dałaś radę, to ja też dam z moim drogeryjnym łombre :D
    Jest wow <3

    OdpowiedzUsuń